W Anglii, o której napisałaś na początku to mają chyba najwięcej takich spotkań. Jak czytam w internecie to co miesiąc mają Leeds First Friday, specjalne kluby np. Pink Punters, ale poza tym jak widzę to często spotykają się po prostu w pubie czy restauracji - bez okazji, bez polityki choć zazwyczaj z pompą, bo w wieczorowych kreacjach.
Szkoda że u nas tak nie ma - ludzi TG jest pewnie procentowo tyle samo, społeczeństwo (wbrew temu co niektórzy myślą) bardzo tolerancyjne a na pewno co najmniej ignorujące.
Jakby ktoś miał ochotę w Warszawie na takie spotkanie, to rzeczywiście możnaby spróbować.
Re: Cześć, tu Zuza 👾
22Pozwolę sobie zabrać głos w tym wątku, jako że przez wiele lat uczestniczyłam zarówno w warszawskich Paradach Równości, jak i w licznych marszach równości w większych i mniejszych miastach, a także odpowiadałam za organizację imprez z cyklu Trans Party (później Trans Wieczorek) w Warszawie oraz Plenerowych Trans Party i Wiosennych Plenerowych Trans Party. Mam więc dość spore doświadczenie w tym względzie. A więc:
- dla kogoś, kto robi pierwszy coming out, parady i marsze nie są dobrym pomysłem. Dla kogoś, kto stawia wszystko na jedną kartę i wie, jak chce dalej pokierować swoim życiem, są dobrym sposobem na wyoutowanie się. Nie tak dawno rozmawiałam z dziewczyną, która natychmiast po określeniu się jako transkobieta i decyzji o podjęciu korekty pojechała na Paradę Równości do Warszawy (trzy lata temu) i było to jej pierwsze wyjście z szafy. Była zachwycona i nie zawróciła już z obranej drogi. Znam rodziców, którzy w obawie o bezpieczeństwo swoich dzieci przychodzili na parady i marsze i przyszedłszy raz, wsiąkali w temat do tego stopnia, że zostawali aktywistami na rzecz osób LGBT. Ale znam też sporo osób, które czują się na paradach i marszach przytłoczone i zagrożone i po jednym razie rezygnują z publicznych form ekspresji swojej nienormatywności płciowej,
- imprezy klubowe z cyklu Trans Party i Trans Wieczorek w Warszawie niegdyś cieszyły się sporą frekwencją - były to lata, kiedy startował Crossdressing i kiedy zawiązywał sięruch na rzecz osób transpłciowych. Potem wszystko siadło do tego stopnia, że jako organizatorka kiblowałam w umówionym klubie o umówionym czasie i czekałam, aż pojawi się przynajmniej jedna dobra dusza, ale nikt nie przychodził. W internecie ludzie żądali imprez, ale potem nikt na nie nie przychodził. Bo było za zimno, za ciepło, za późno, za wcześnie, za daleko, za blisko, za deszczowo, za słonecznie, za wiosennie, za letnio, za jesiennie, za zimowo, względnie u władzy była nie ta opcja, co trzeba. Dlatego imprezy się skończyły. W Fundacji Trans-Fuzja, która je organizowała, uznaliśmy, że jeżeli prywatne grupki chcą się zebrać i wspólnie pobawić, kiedy i gdzie im pasuje, to widoicznie jest to wszystko, czego ludzie potrzebują,
- imprezy weekendowe z cyklu Plenerowe Trans Party i Wiosenne Plenerowe Trans Party również upadły z powodu niemożliwych do przeskoczenia trudności organizacyjnych. Po pierwsze to były braki frekwencyjne: kiedy jednego razu nie dojechało 20 osób (w związku z czym impreza z 70-osobowej zrobiła się 50-osobowa), musieliśmy jako organizacje (Trans-Fuzja i Tęczowka) pokryć koszty ich pobytu mimo ich nieobecności, bo ośrodek zaopatrzył się w produkty potrzebne do wyżywienia 70 osób, a kasę dostał tylko za 50 osób. Dlaczego te osoby nie przyjechały, trudno powiedzieć, ale od co najmniej kilku z nich przychodziły wtedy wiadomości, że są zmuszone w ostatniej chwili zrezygnować, bo kot dostał sraczki. Od tamtej pory żądaliśmy pełnej wpłaty za pobyt (wcześniej były tylko symboliczne zaliczki), co z kolei zmniejszyło frekwencję, bo część ludzi nie dowierzała, że jak wpłacą pełną kwotę, to impreza się w ogóle odbędzie, a raczej spodziewała się jakiegoś oszustwa ze strony organizatorów. Ponadto zaczęły się w ramach tych imprez tworzyć grupki, z których każda miała lepszy od innych sposób na spędzanie czasu i zabawę, więc zaczęło się rozbijactwo. Trans-Fuzja i Tęczówka zrezygnowały z organizacji tych imprez. Zajęła się tym jedna prywatna osoba, jednak po czasie okazało się, że i tam dochodzi do rozbijactwa, wzajemnych oskarżeń o machlojki finansowe, a także - co słyszałam od części uczestniczek - zastrzeżeń co do obecności zupełnie przypadkowych gejów na tych imprezach,
- trudno jest dziś odbudować to, co zostało roztrwonione i zniszczone. Zaufanie do organizatora (ktokolwiek to będzie) jest rzeczą fundamentalną i nie da się go zbudować wyłącznie na haśle (nie odmawiając nikomu dobrych chęci). Jeżeli niektórym nie wystarczało to, że za organizacją imprezy stoją dwie duże i znane w całym kraju organizacje, to można przypuszczać, że niewielu chętnych znajdzie się do uczetsnictwa w przedsięwzięciu organizowanym przez jedną prywatną i nikomu nieznaną osobę. Szczególnie wobec tego, co działo się, gdy organizację takich imprez przejęła już prywatna osoba. A i tu temat już był przecież obecny: pojawiła się wśród nas już jakiś czas temu osoba, która chciała coś takiego organizować zaraz po tym, gdy się tu zarejestrowała. Problemem nie jest więc to, że ktoś chce się czymś zająć i coś zorganizować, tylko to, że zaufanie do takiej świeżo pojawiającej się osoby jest raczej powszechnie czymś bardzo teoretycznym i ulotnym.
A poza tym bawcie się dobrze
- dla kogoś, kto robi pierwszy coming out, parady i marsze nie są dobrym pomysłem. Dla kogoś, kto stawia wszystko na jedną kartę i wie, jak chce dalej pokierować swoim życiem, są dobrym sposobem na wyoutowanie się. Nie tak dawno rozmawiałam z dziewczyną, która natychmiast po określeniu się jako transkobieta i decyzji o podjęciu korekty pojechała na Paradę Równości do Warszawy (trzy lata temu) i było to jej pierwsze wyjście z szafy. Była zachwycona i nie zawróciła już z obranej drogi. Znam rodziców, którzy w obawie o bezpieczeństwo swoich dzieci przychodzili na parady i marsze i przyszedłszy raz, wsiąkali w temat do tego stopnia, że zostawali aktywistami na rzecz osób LGBT. Ale znam też sporo osób, które czują się na paradach i marszach przytłoczone i zagrożone i po jednym razie rezygnują z publicznych form ekspresji swojej nienormatywności płciowej,
- imprezy klubowe z cyklu Trans Party i Trans Wieczorek w Warszawie niegdyś cieszyły się sporą frekwencją - były to lata, kiedy startował Crossdressing i kiedy zawiązywał sięruch na rzecz osób transpłciowych. Potem wszystko siadło do tego stopnia, że jako organizatorka kiblowałam w umówionym klubie o umówionym czasie i czekałam, aż pojawi się przynajmniej jedna dobra dusza, ale nikt nie przychodził. W internecie ludzie żądali imprez, ale potem nikt na nie nie przychodził. Bo było za zimno, za ciepło, za późno, za wcześnie, za daleko, za blisko, za deszczowo, za słonecznie, za wiosennie, za letnio, za jesiennie, za zimowo, względnie u władzy była nie ta opcja, co trzeba. Dlatego imprezy się skończyły. W Fundacji Trans-Fuzja, która je organizowała, uznaliśmy, że jeżeli prywatne grupki chcą się zebrać i wspólnie pobawić, kiedy i gdzie im pasuje, to widoicznie jest to wszystko, czego ludzie potrzebują,
- imprezy weekendowe z cyklu Plenerowe Trans Party i Wiosenne Plenerowe Trans Party również upadły z powodu niemożliwych do przeskoczenia trudności organizacyjnych. Po pierwsze to były braki frekwencyjne: kiedy jednego razu nie dojechało 20 osób (w związku z czym impreza z 70-osobowej zrobiła się 50-osobowa), musieliśmy jako organizacje (Trans-Fuzja i Tęczowka) pokryć koszty ich pobytu mimo ich nieobecności, bo ośrodek zaopatrzył się w produkty potrzebne do wyżywienia 70 osób, a kasę dostał tylko za 50 osób. Dlaczego te osoby nie przyjechały, trudno powiedzieć, ale od co najmniej kilku z nich przychodziły wtedy wiadomości, że są zmuszone w ostatniej chwili zrezygnować, bo kot dostał sraczki. Od tamtej pory żądaliśmy pełnej wpłaty za pobyt (wcześniej były tylko symboliczne zaliczki), co z kolei zmniejszyło frekwencję, bo część ludzi nie dowierzała, że jak wpłacą pełną kwotę, to impreza się w ogóle odbędzie, a raczej spodziewała się jakiegoś oszustwa ze strony organizatorów. Ponadto zaczęły się w ramach tych imprez tworzyć grupki, z których każda miała lepszy od innych sposób na spędzanie czasu i zabawę, więc zaczęło się rozbijactwo. Trans-Fuzja i Tęczówka zrezygnowały z organizacji tych imprez. Zajęła się tym jedna prywatna osoba, jednak po czasie okazało się, że i tam dochodzi do rozbijactwa, wzajemnych oskarżeń o machlojki finansowe, a także - co słyszałam od części uczestniczek - zastrzeżeń co do obecności zupełnie przypadkowych gejów na tych imprezach,
- trudno jest dziś odbudować to, co zostało roztrwonione i zniszczone. Zaufanie do organizatora (ktokolwiek to będzie) jest rzeczą fundamentalną i nie da się go zbudować wyłącznie na haśle (nie odmawiając nikomu dobrych chęci). Jeżeli niektórym nie wystarczało to, że za organizacją imprezy stoją dwie duże i znane w całym kraju organizacje, to można przypuszczać, że niewielu chętnych znajdzie się do uczetsnictwa w przedsięwzięciu organizowanym przez jedną prywatną i nikomu nieznaną osobę. Szczególnie wobec tego, co działo się, gdy organizację takich imprez przejęła już prywatna osoba. A i tu temat już był przecież obecny: pojawiła się wśród nas już jakiś czas temu osoba, która chciała coś takiego organizować zaraz po tym, gdy się tu zarejestrowała. Problemem nie jest więc to, że ktoś chce się czymś zająć i coś zorganizować, tylko to, że zaufanie do takiej świeżo pojawiającej się osoby jest raczej powszechnie czymś bardzo teoretycznym i ulotnym.
A poza tym bawcie się dobrze
Make make-up not war
Re: Cześć, tu Zuza 👾
24Chyba raczej tyle w temacie. To fakt nawet spory kawałek czasu temu na starym Crossdressingu często padały hasła typu, spotkajmy się Poznań,spotkanie Warszawa, spotkanie Gdańsk itp. Sama kiedy nawet zarezerwowałam coś w klubie w Poznaniu i kilka dni przed terminem odwoływałam bo kompletnie nikt nie potwierdził przyjazdu.