Myślę że warto byłoby jakoś przenieść na nowe forum te historie z dawnego portalu.
Znam je od prawie 20 lat i może to przez sentyment tak do nich podchodzę ale myślę że szkoda żeby przepadły.
Chociażby jak ten ślub w sukni ślubnej,co prawda tylko w urzędzie ale dla mnie to i tak jest ogromne osiągnięcie zwłaszcza że wtedy czasy były znacznie mniej tolerancyjne i bardzo podziwiam tamtą transkę.
https://web.archive.org/web/20130922142 ... 57&lang=pl
Re: Opowiadania/historie ze starego forum
2Przenieś to co uważasz że warto.
„Bądź sobą, wszyscy inni są zajęci” (O. Wilde)
Pozdrawiam
Slivia Ertson
Pozdrawiam
Slivia Ertson
Re: Opowiadania/historie ze starego forum
3Jedno z moich ulubionych opowiadań
Autorka: balbina_1
Na upały - spódniczka dla każdego
Klienci reagowali różnie, ale zawsze przychylnie. Niektórzy podpytywali dlaczego śmigam w spódniczce, czy to nowa moda, a może jaki chwyt reklamowy. Pytania były różne, ale zawsze życzliwe. Ten upalny dzień będę jeszcze długo bardzo miło wspominać.
Nic wyszukanego i zaskakującego, po prostu zwykła rzecz...
Ten dzień powitał mnie przepiękną, słoneczną pogodą. Żar lał się z nieba, a ja bidulka zamiast kąpać się w słonecznych promieniach na jakiejś plaży, właśnie szykowałam się do pracy.
Dojeżdżając do stacji benzynowej, na której pracuję obsługując klientów, przypomniałam sobie artykuł o angielskim kierowcy autobusu londyńskich linii, który wpadł na genialny pomysł jeżdżenia w pracy w spódniczce. Takiemu to dobrze, pomyślałam sobie.
W pracy niespodzianka – na domiar złego okazało się, że popsuł się klimatyzator. Atmosfera jak w piecu hutniczym, a ja muszę wbić się w mój firmowy uniform składający się z długich drelichowych spodni, czarnej koszulki i pełnych butów. Jak na takie warunki pogodowe – masakra.
W szatni, podczas przebierania się w ten nieciekawy strój, zaświtała mi genialna myśl! A co mi tam, może i ja potransuję sobie jak ów kierowca? Co mi zaszkodzi?
Nie zastanawiając się długo zwróciłam się do mojego kierownika z pytaniem, czy przy takich warunkach pogodowych przysługują nam krótkie spodenki. Otrzymałam odpowiedź negatywną, ale drążyłam temat dalej. Spytałam, czy koleżankom przysługują spódniczki firmowe; tym razem odpowiedź była pozytywna. Mimo totalnego zdziwienia mojego kierownika zażądałam wydania mi takiej spódniczki. Kierownik zdębiał, przez moment trwała jeszcze słowna przepychanka, aż wreszcie wydano mi upragniona spódniczkę.
Niewiele myśląc pobiegłam do szatni, wskoczyłam w firmową kieckę, i jazda do roboty!
Jak tylko wyszłam z szatni, koledzy nie odpuścili i trochę sobie ze mnie pożartowali. Jednak w sumie stwierdzili, że miałam całkiem niezły pomysł na te upały. Szkoda, że nie mieli dość odwagi, by pójść w moje ślady. Cóż niech się gotują w tym upale, ich sprawa. Za to wśród koleżanek wzbudzałam zainteresowanie do tego stopnia, że czułam się przez nie molestowana. Haha, świntuchy mnie podszczypywały!
Ze względu na specyfikę mojej pracy, wciąż jestem wśród ludzi – nie tylko współpracowników, ale także klientów stacji. Przez cały dzień ciągle kręciłam się to przy kasie, to po podjeździe, to przy barze bistro. A ja mimo wszystko czułam się wyjątkowo swobodnie. Tak naprawdę jedynym mankamentem mojego nowego służbowego stroju był brak kieszeni, hm...
Klienci reagowali różnie, ale zawsze przychylnie. Niektórzy podpytywali dlaczego śmigam w spódniczce, czy to nowa moda, a może jaki chwyt reklamowy. Pytania były różne, ale zawsze życzliwe. Ten upalny dzień będę jeszcze długo bardzo miło wspominać.
Tak więc młode, zalęknione koleżanki, nie wymyślajcie sobie sztucznych problemów. Wyjście w kiecce na miasto, to naprawdę żaden problem! Jeżeli tylko naprawdę tego chcecie, to nikt Was nie powstrzyma. Więcej wiary w siebie, a świat należy do was.
Autorka: balbina_1
Na upały - spódniczka dla każdego
Klienci reagowali różnie, ale zawsze przychylnie. Niektórzy podpytywali dlaczego śmigam w spódniczce, czy to nowa moda, a może jaki chwyt reklamowy. Pytania były różne, ale zawsze życzliwe. Ten upalny dzień będę jeszcze długo bardzo miło wspominać.
Nic wyszukanego i zaskakującego, po prostu zwykła rzecz...
Ten dzień powitał mnie przepiękną, słoneczną pogodą. Żar lał się z nieba, a ja bidulka zamiast kąpać się w słonecznych promieniach na jakiejś plaży, właśnie szykowałam się do pracy.
Dojeżdżając do stacji benzynowej, na której pracuję obsługując klientów, przypomniałam sobie artykuł o angielskim kierowcy autobusu londyńskich linii, który wpadł na genialny pomysł jeżdżenia w pracy w spódniczce. Takiemu to dobrze, pomyślałam sobie.
W pracy niespodzianka – na domiar złego okazało się, że popsuł się klimatyzator. Atmosfera jak w piecu hutniczym, a ja muszę wbić się w mój firmowy uniform składający się z długich drelichowych spodni, czarnej koszulki i pełnych butów. Jak na takie warunki pogodowe – masakra.
W szatni, podczas przebierania się w ten nieciekawy strój, zaświtała mi genialna myśl! A co mi tam, może i ja potransuję sobie jak ów kierowca? Co mi zaszkodzi?
Nie zastanawiając się długo zwróciłam się do mojego kierownika z pytaniem, czy przy takich warunkach pogodowych przysługują nam krótkie spodenki. Otrzymałam odpowiedź negatywną, ale drążyłam temat dalej. Spytałam, czy koleżankom przysługują spódniczki firmowe; tym razem odpowiedź była pozytywna. Mimo totalnego zdziwienia mojego kierownika zażądałam wydania mi takiej spódniczki. Kierownik zdębiał, przez moment trwała jeszcze słowna przepychanka, aż wreszcie wydano mi upragniona spódniczkę.
Niewiele myśląc pobiegłam do szatni, wskoczyłam w firmową kieckę, i jazda do roboty!
Jak tylko wyszłam z szatni, koledzy nie odpuścili i trochę sobie ze mnie pożartowali. Jednak w sumie stwierdzili, że miałam całkiem niezły pomysł na te upały. Szkoda, że nie mieli dość odwagi, by pójść w moje ślady. Cóż niech się gotują w tym upale, ich sprawa. Za to wśród koleżanek wzbudzałam zainteresowanie do tego stopnia, że czułam się przez nie molestowana. Haha, świntuchy mnie podszczypywały!
Ze względu na specyfikę mojej pracy, wciąż jestem wśród ludzi – nie tylko współpracowników, ale także klientów stacji. Przez cały dzień ciągle kręciłam się to przy kasie, to po podjeździe, to przy barze bistro. A ja mimo wszystko czułam się wyjątkowo swobodnie. Tak naprawdę jedynym mankamentem mojego nowego służbowego stroju był brak kieszeni, hm...
Klienci reagowali różnie, ale zawsze przychylnie. Niektórzy podpytywali dlaczego śmigam w spódniczce, czy to nowa moda, a może jaki chwyt reklamowy. Pytania były różne, ale zawsze życzliwe. Ten upalny dzień będę jeszcze długo bardzo miło wspominać.
Tak więc młode, zalęknione koleżanki, nie wymyślajcie sobie sztucznych problemów. Wyjście w kiecce na miasto, to naprawdę żaden problem! Jeżeli tylko naprawdę tego chcecie, to nikt Was nie powstrzyma. Więcej wiary w siebie, a świat należy do was.
Re: Opowiadania/historie ze starego forum
4Autorka: Iwona
Wspomnienia jak przez mgłę... Studniówka
Wspomnienia jak przez mgłę...
Część 1. Studniówka
Jestem świeżo po lekturze „Strzępów Pamiętnika” Alex. Opisuje dawne dobre czasy... Dziś po tylu latach odżyły we mnie wspomnienia z mojej „dzikiej” młodości. Dziś zdecydowanie rzadziej mam czas na „przebieranki”. Ciałko już nie to – acz fantazja nadal młodzieńcza. Zdecydowałam się napisać coś o moich przygodach z młodości.
Moje pierwsze, bardzo nieśmiałe podejścia miały miejsce gdzieś w wakacje 1978r. Takie tam drobne przymiarki ciuszków i butów. Pamiętam niewiele. Na pewno było fajnie (inaczej nie tkwiła bym w tym po uszy aż do dziś). Potem jakieś sporadyczne fiki - miki od czasu do czasu. Nic o czym warto by było opowiadać. Opiszę wam ten pierwszy raz (to był naprawdę przełom w moim życiu).
Był okres przed Studniówką w 1983r. W naszej budzie panował od lat zwyczaj organizowania przez III klasę studniówki dla IV klasy. Musieliśmy, jak to było w zwyczaju, przygotować ciekawy występ kabaretowy na taką okoliczność. No cóż, mus to mus. W naszej budzie była ekipa nieźle pokręconych ludzi. Zwłaszcza kilka dziewczyn: Dorota, „Plaża” (dziś nie pamiętam nawet jej imienia), Anita i Arletta. Były jakby stworzone do figlowania. No ale o tym napiszę później.
Tak więc klamka zapadła robimy kabaret. Dokładnie już nie pamiętam programu, ale był zabawny. Występowaliśmy głównie my z III klasy. Podział ról był prosty. Ten najprzystojniejszy (czyli niby ja) miał dostać rolę konferansjera. Razem z Plażą mieliśmy prowadzić występy. Program przygotowaliśmy dość bogaty, tak więc musieliśmy z Plażą pojawiać się „na scenie” dość często. Naprawdę nie wiem przy której próbie Plaża wpadła (jak to miała w zwyczaju) na „genialny pomysł”. Żeby było zabawniej zamienimy się rolami, ona wystąpi przebrana za faceta, a ja za kobietę. Włos na głowie stanął mi dęba.
Ty chyba zupełnie zwariowałaś. – Mówię do plaży – ja mam w kiecce wystąpić przed taką publicznością. Przecież tam będzie około setki osób. Ja nie dam rady. Chyba spaliłbym się ze wstydu. Nic się nie przejmuj. Wszyscy przyjdą się zabawić na studniówkę, a nie na jakiś tam kabaret. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.
Dyskutowaliśmy dłuższy czas i jak pamiętam, argumenty jakich zastosowała tak diablica stopniowo mnie przekonywały do jej pomysłu. Plaża ustaliła, że przygotuje odpowiednią kreację z dodatkami, ot taką skromną.
Po wielu próbach przyszedł czas na ostatnią próbę w kostiumach. Wszystko było fajnie, dopóki nie pokazała mi tej „skromnej kiecki”. Tu muszę ochłonąć. Na samo wspomnienie robi mi się gorąco.
Doprawdy nie wiem do dziś, czemu ona mi to zrobiła. Może dlatego, że po szkole krążyła o mnie opinia: „młody, który wstrzemięźliwie żywot pędzi”. W każdym bądź razie Plaża postanowiła, że w innej wystąpić muszę i koniec (bo nie ma nic innego).
Tu krótko opiszę wam „kieckę”. Była to długa, ciemna, bordowa sukienka, przetykana gęsto złotą nitką. Ciasno opinała ciało, zwłaszcza biodra. Na lewym boku miała bardzo śmiałe rozcięcie aż za połowę uda. Z tyłu prawie brak było pleców. Bez rękawów. Za to z przodu dochodziła pod samą szyję i kończyła się opaską wokół szyi (coś w rodzaju obroży). Typowa sukienka sylwestrowa okresu „późnego PRL-u”. Na ten widok zamarłam.
I ja mam to założyć, a potem przedefilować kilkanaście razy po estradzie przy takiej publiczności. To chyba sen.
Ale Plaża nie dawała za wygraną. Musisz ją koniecznie przymierzyć, czy będzie na ciebie dobra. No jazda. I tak stanęłam przed faktem dokonanym. W szatni przy sali gimnastycznej, w której miała się odbywać studniówka przymierzyłam „kieckę”.
O-o-o-o! kuurrrczee, a niech mnie! Ale ta Plaża ma oko! – To była moja pierwsza reakcja, kiedy zobaczyłam się w lustrze. Jakież było moje zdumienie... Ten facet, tak na co dzień facet, wyglądał w tym niesamowicie.
Sama nie wiem dlaczego, ale wcale mi się nie spieszyło na próbę. Dokładnie oglądałam swoje odbicie w lustrze i nie mogłam tego pojąć. W mojej głowie kiełkowała jedna myśl: dlaczego nie mam takiej sukienki, skoro w niej tak dobrze wyglądam?
Czas mijał, a wciąż patrzyłam w lustro. Im dłużej, tym bardziej mi się ten widok podobał. W końcu poczułam zimno na plecach. To był znak, że już pora na próbę. Ze spuszczoną głową przechodziłam z szatni do auli (aula mieściła się na przeciwko sali gimnastycznej, a szatnie znajdowały się tuż obok). Wchodzę. Nic. Podchodzę. I znów nic. Nikt niczego nie komentuje. Nikt się ze mnie nie śmieje. Co jest! Jeszcze chwila i Plaża, która dotąd była zajęta pisaniem czy czytaniem czegoś, odkłada to i: No nareszcie. Już myślałam, że trzeba po ciebie wysłać pomoc. Pokaż się.
Plaża dokładnie obejrzała sobie jak wyglądam, pozostali obecni również i zaczęli komentować: No tak, tylko te krótkie włosy.... Te owłosione ręce i nogi (gdzie u licha było widać nogi w sukience do kostek???). Ale i tak jest super.
Dobra. Zaczynamy próbę. Do roboty – Zakomenderowała Plaża.
Czyżby to było na tyle? – O nie.
Rozpoczynamy próbę. Akurat w momencie pierwszego wyjścia razem z Plażą na scenę wchodzi „Biologica”. Tu muszę wyjaśnić, że całkiem sobie radziłam z biologią i Biologica lubiła mnie. Miałam u niej opinię osoby zdolnej, acz nieco leniwej
Widok jaki zastała musiał ją nieco zdziwić. Podeszła. Oczywiście próba kostiumowa przerwana. I co się stało...
Biologica skoncentrowała całą swoją uwagę na mojej osobie. Posypały się przeróżne komplementy. Razem z Plażą oglądały mnie z bliska i z daleka. I nagle ... Drzwi do auli otwierają się z impetem i wchodzą pozostałe „diablice”: Dorka, Anita i Arletta. Na mój widok tylko zachichotały. Potem razem z Biologicą i Plażą stanęły daleko od sceny, na której stałam i czekałam na rozpoczęcie próby, dyskutując dobre 15 minut. O czym rozmawiały mogę się tylko domyślać!
To był czwartek. Dzień ostatniej kostiumowej próby. W piątek o 17-tej miała rozpocząć się studniówka i trwać do „białego rana”. Próbę robiliśmy dwa razy. Potem umówiliśmy się, że wszyscy przyjdą o 16-tej, z wyjątkiem mnie i Plaży. My będziemy o 15-tej.
Faktycznie, w piątek o 15-tej w szatni damskiej, w której się umówiłam z Plażą byłyśmy, ale wszystkie: Biologica, Anita, Arletta, Dorota, Plaża i ja. Na pierwszy ogień poszły torby. A to bardzo ciekawe, dlaczego każda z nim miała całkiem pokaźną torbę? Przecież kostiumy zostawiliśmy w budzie. Po chwili było jasne. W tych torbach były wszystkie niezbędne dodatki, aby z „przystojniaka” zrobić „laseczkę”.
Najpierw zostałam wysmarowana jakimś kremem, po którym nie pozostał ani jeden włosek na moich rękach, nogach i pod pachami. Było jakoś głupio. Szczególnie, że brała w tym udział Biologica. Jedno co pamiętam do dziś, to jej wspaniałe makijaże – te na co dzień. Naprawdę mówię wam kobieta umiała się malować.
Po wstępnym zabiegu oczyszczenia mnie z sierści, kolej na prysznic. Po prysznicu, czas na przymiarkę garderoby. I tu pojawił się drobny problem. Plaża nie wspominała nic ani o depilacji ciała, ani o bieliźnie damskiej. Trudno. Trzeba to jakoś przetrzymać. Ja przeciw nim przecież jestem bez szans. A w ogóle, to zaczynało mnie to troszkę bawić. Po pierwsze: wspominałam wczorajszy widok w lustrze, po drugie: tyle kobiet wokół mnie się kręciło, to całkiem zabawne. No powiedzmy, że do pewnego momentu. Po przymiarce bielizny nowa niespodzianka. Malowanie paznokci u rąk i nóg.
Dziewczyny wymyśliły też, że powinnam wystąpić w pończochach. Jakież było moje zdumienie, kiedy miałam na sobie czarne, nylonowe pończochy ze szwem i do tego jedwabny pas do pończoch wykończony koronką. Znalazły się też czerwone podwiązki. Pamiętam, że czułam się super. Zaczynało mnie to wciągać i podniecać. Ciekawe co jeszcze trzymają w zanadrzu? Długo nie musiałam czekać! Biologica wykombinowała niezły sztuczny biust (z latex’u czy z silikonu), w dodatku doklejany. Miał on jedną zaletę: pod sukienką nie do odróżnienia od oryginalnego. No i nie trzeba zakładać biustonosza.
Pozostało wykonanie makijażu. Oj, co się wtedy działo! Takiej ilości kosmetyków poza sklepem drogeryjnym czy renomowanym gabinetem kosmetycznym nie można było zobaczyć. Prawie wszystko z Pewex'u (dla niewtajemniczonych – sklepy z towarami, w których można było kupować wyłącznie za walutę wymienialną). Po prostu Paryż! - pomyślałam.
Robienie makijażu zajęło dość dużo czasu. Trzeba było zrobić podkład i wyregulować brwi. Samo nakładanie cieni też trwało długo. Oczy miałam umalowane cieniami od krawędzi powieki do samych brwi. Na krawędziach powiek ciemne kreski. Niezły układ różu na policzkach (pamiętam, że nieźle uwydatniał kości policzkowe). Usta umalowane z konturem. Błyszczyk na ustach. Biologica użyła całego swojego doświadczenia do zrobienia tego makijażu.
Przyszedł czas na perfumy. Potem założyłam sukienkę. Jak „zwykle” wyglądałam dobrze (tak myślałam). Dziewczyny przygotowały perukę – piękne długie czarne włosy opadające na ramiona. Założyły mi ją. I ... marsz do lustra.
To był prawdziwy szok. W lustrze stała prawdziwa kobieta. Ten biust! Ta twarz zmieniona nie do poznania przez makijaż i te włosy (nigdy dotąd nie widziałam siebie w długich włosach, a w dodatku czarnych). Wszystko było super. Wyglądałam jak jakaś spikerka z telewizji. Nabierałam coraz to większej odwagi. To co widziałam było naprawdę piękne. Ale to jeszcze nie koniec. Przecież muszę mieć buty. I miałam. Bardzo delikatne sandałki na 8 cm cieniutkiej szpilce (pomysł Arletty, realizacja Biologicy). Potem biżuteria. Oczywiście złota. Bransoletki i pierścionki, bardzo delikatny naszyjnik. Wszystko bardzo dobrze dobrane. Znów spojrzenie do lustra. To było to. Byłam prawie 100% kobietą (no powiedzmy 18 +). Nawet dziewczyny zauważyły, że z założeniem szpilek zaczęłam poruszać się zdecydowanie kobieco. Ani szpilki, ani sukienka, włosy, czy damska bielizna nie stanowiły dla mnie żadnej bariery. Po prostu poczułam się w swoim żywiole, jakbym od lat chodziła tak ubrana. Do takiego spostrzeżenia doszły również moje „twórczynie”.
W tym czasie zaczęli przychodzić pozostali kabaretowicze. Dziewczyny zdębiały na mój widok. Nie mogły uwierzyć, że w środku jest facet. Było dużo pytań i śmiechu. Komplementy pod moim adres sypały się ze wszystkich stron. Nie powiem, bardzo mi to odpowiadało. Tą sielankę przerwała Dorota.
Wszystko w porządku, tylko zapomniałyśmy o klipsach.
Faktycznie, wszystko było z wyjątkiem tych przeklętych klipsów.
I co tu teraz zrobić – zaczęły się martwić dziewczyny.
Szybko znalazły rozwiązanie.
Skoro nie ma klipsów, muszą być kolczyki. Nie ma rady, musimy ci założyć kolczyki. Na samo słowo „kolczyki” poczułam się słabo.
Nie ja nie chcę kolczyków! Nie dam sobie założyć kolczyków! Przecież to trzeba przekłuć uszy. A to boli. Nie, nie dam sobie założyć kolczyków! – protestowałam.
Pamiętam jak próbowałam protestować w tamtej chwili. I o mało nie wygrałam. Ale Biologica wyjaśniła mi, że założenie kolczyków na jeden wieczór nie będzie miało żadnego znaczenia, przecież uszy się zagoją i nie będzie śladu. Dorota, która jak się później okazało, miała niezłe doświadczenie i wprawę w zakładaniu kolczyków szybko zorganizowała kolczyki wisiorki ze złota.
No i stało się to czego się obawiałam. One to musiały uknuć wcześniej. Ot tak dla jaj! W ruch poszła igła i w kilka minut później oglądałam moje biedne uszy przebite ze zwisającymi z nich złotymi kolczykami wisiorkami. Pamiętam, że emocji z powodu zabiegu było więcej niż faktycznego bólu. A efekt był okrutnie podniecający. Pamiętam, że w głowie zakołatała mi myśl: no trudno, skoro już są, to może je zostawić?
I to chyba był prawdziwy (jak sądzę do dziś) powód, dla którego pojawiła się Iwona. Zgrabna, czarnowłosa Iwona. Wylazła wtedy w całej okazałości z zakamarków duszy tego skromnego chłopaka. Cała ona.
Od tamtej chwili kiedy znów byłam nim, ukradkiem spoglądałam na każdą kobietę na ulicy, podglądając ich ruchy, makijaż, części stroju. W duchu ciągle tęskniłam do Tej Iwony ze studniówki.
Wreszcie stało się. Rozpoczynamy kabaret. Pierwsze wyjście na scenę. Wchodzę razem z Plażą przebraną za faceta. Widzowie oniemieli. Lekka konsternacja. Plaża rozpoczyna mówić. Śmiech, gwizdy i oklaski. Potem moja kwestia. Próbuję udawać dziewczęcy głos (o co u 18 latka raczej trudno). Na sali ciszej. Konsternacja. Głos jakby znajomy, ale nie do końca. Kto to jest?... Do końca kabaretu nikt nie wiedział kim jest ta laseczka!!! To było dobre. Wychodziliśmy z Plażą razem, raz ona mówiła, a raz ja, i nikt nie mógł w 100% powiedzieć, kim jest ta laska i skąd się tu wzięła.
Po zakończeniu kabaretu tradycyjnie: Polonez i zabawa na całego. Tylko jest jeden problem. Zanim się przebiorę i wejdę na imprezę, to upłynie pewnie ponad pół godziny. Co robić? Podpowiedź przyszła sama. Dziewczyny zabrały mnie prosto ze sceny na salę balową.
Oj, co tam się wydarzyło! Tańczyłam chyba z większością facetów, włącznie z Dyrem (niezły obciach, co?). Razem z dziewczynami tańczyłam kankana. To było świetne! Kiedy unosiłam lewą nogę do góry, przez rozcięcie w sukience ukazywała się prawie cała moja noga w czarnej pończosze z czerwoną podwiązką. (Potem Biologica wspominała ten taniec do końca, do samej mojej matury).
Dużo później, kiedy część kolesiów nie nadawała się do użytku, a na parkiecie pojawiły się pary mieszane (efekt dobrej zabawy i pokątnego spożywania alkoholu), mogłam nieco odetchnąć. To dziwne. Pamiętam, że muzyka grała bardzo głośno, tak że nie sposób byłoby rozmawiać, a jednak z kilkoma facetami próbowałam rozmawiać i odniosłam wrażenie, że oni mnie autentycznie mają za jakąś dziewczynę z innej budy. Niezła heca!
Najgorsze było potem. Po Studniówce trzeba wracać do domu. Łatwo powiedzieć! Trudniej wykonać, szczególnie że całkiem przypadkowo z szafki z moimi ciuchami wyparowały moje ciuchy, a ich miejsce w cudowny sposób zajęło futro a’la lisy srebrne, czarne kozaki na szpilce, skórzane rękawiczki, torebka i długi biały szal. Na moje pytania zmęczone dziewczyny odpowiadało bardzo zdawkowo i wymijająco. Bardzo śmieszne! – pomyślałam.
No cóż, poszłam za ciosem. rzecież w połowie stycznia nie pójdę nago do domu. Założyłam więc kozaki i futro, buciki spakowałam do pożyczonej od dziewczyn reklamówki i poszłam. Daleko nie doszłam. Około 300 m od Budy był przystanek, a na nim kilka osób od nas z imprezy czekało na autobus. Na mój widok jeden z kolesiów podbiegł i usłużył mi ramieniem. Totalne zaskoczenie! Ale „gentleman”! Lekko wtuliłam się pod jego rękę, a drugą ręką ujęłam poły stójkowego kołnierza. Chciałam chyba udać że jest mi zimno. Nie miałam nastroju na żarty. Byłam bardzo zła na dziewczyny. Jak one mogły mi to zrobić!
Oczywiście towarzystwo zaplanowało wcześniej przeniesienie imprezy. Miała być dalej prywatka na całą sobotę, no i może na część niedzieli. Włos mi stanął dęba pod peruką! Nagłe krew uderzyła mi do skroni.
– Oni chyba oszaleli! Ja w tym stroju, makijażu i biżuterii mam się z nimi męczyć na jakiejś prywatce! Przecież to absurd!
Ups!.. tutaj muszę dodać, że w tym momencie zapomniałam kim jestem, albo lepiej na kogo wyglądam. Zabawne, po raz pierwszy się na tym załapałam. A jeszcze zabawniejsze jest to, że wszyscy z którymi tam wtedy byłam już doskonale o wszystkim wiedzieli. Nawet to zupełnie zaakceptowali. Do dziś nie pamiętam, która z dziewczyn nazwała mnie Iwona. To musiało być już na prywatce, chyba gdzieś w kuchni, przy kawie (wiadomo kobiety lubią pogaduchy w kuchni).
Impreza była świetna. Po małym odpoczynku było dużo zabawy - coś pomiędzy balem karnawałowym, a sylwestrem. Dużo muzyki i szampan. Chyba wtedy mi tego najbardziej brakowało. Pamiętam, że tańczyłam do utraty tchu. Miałam niezłe powodzenie. Chyba dziewczyny nawet mi zazdrościły. No przecież nie codziennie jest się ekstra laską! Prawda?
Potem przyszło zmęczenie. W końcu od ładnych kilku godzin ciągle na nogach i w dodatku w szpilkach (do dziś nie mogę tego pojąć, jak ja mogłam tyle czasu po raz pierwszy wytrzymać w szpilkach na obcasie 8 cm i w dodatku przetańczyć praktycznie prawie dobę!). Przyszedł koniec imprezy. Dziewczyny zabrały mnie do łazienki, gdzie skrupulatnie zaczęły moją transformację w odwrotnym kierunku. Pamiętam, że prosiłam je o jeszcze jedną chwilkę zwłoki, jeszcze tylko to ostatnie spojrzenie w lustro. W lustrze odbijała się postać szczupłej brunetki o długich włosach, zgrabnych nogach - ukazujących się przez długie rozcięcie w bordowej sukni. I ta twarz. Ciągle wyglądała wspaniale. Po takiej imprezie. Po tylu godzinach. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Wszystko wyglądało prawie jak na godzinę przed Studniówką.
Potem powrót do domu. Bardzo długi sen. Rano obudziłam się z gorączką. To wynik porannego oczekiwania na mrozie na pierwszy autobus w sukience bez pleców i z długim rozporkiem z boku. Chorowałam około 10 dni. Leżąc w łóżku wciąż wspominałam te chwile, które sprawiły mi tyle przyjemności. Chyba właśnie wtedy z zakamarków tego męskiego ciała wyszła na światło dzienne cała Iwona. Wtedy zapadła ostateczna decyzja. Jeszcze nie bardzo wiedziałam dlaczego, ani kiedy, ale muszę to powtórzyć. Ta myśl była ekscytująca. Rozpoczęło się długie oczekiwanie na kolejną okazję.
* *
P.S.
Ta cała historia wydarzyła się naprawdę.
Wszystkie osoby i wydarzenia w niej opisane są autentyczne. Celowo nie podałam nazwy szkoły i miejscowości. A może ktoś, kto dzisiaj uczy się w tej szkole zna tę historię ze szkolnych opowieści? Ciekawe, czy krążą o mnie legendy. Jeśli znacie, to napiszcie. Szkoda, że nie mam już zdjęć z tej imprezy. Zaginęły w czasie licznych przeprowadzek. To byłby dopiero dowód rzeczowy!
Ach! Zapomniałam dodać. Innym razem opiszę wam moje przeżycia z czasów studenckich. To były czasy ...
Iwona
Wspomnienia jak przez mgłę... Studniówka
Wspomnienia jak przez mgłę...
Część 1. Studniówka
Jestem świeżo po lekturze „Strzępów Pamiętnika” Alex. Opisuje dawne dobre czasy... Dziś po tylu latach odżyły we mnie wspomnienia z mojej „dzikiej” młodości. Dziś zdecydowanie rzadziej mam czas na „przebieranki”. Ciałko już nie to – acz fantazja nadal młodzieńcza. Zdecydowałam się napisać coś o moich przygodach z młodości.
Moje pierwsze, bardzo nieśmiałe podejścia miały miejsce gdzieś w wakacje 1978r. Takie tam drobne przymiarki ciuszków i butów. Pamiętam niewiele. Na pewno było fajnie (inaczej nie tkwiła bym w tym po uszy aż do dziś). Potem jakieś sporadyczne fiki - miki od czasu do czasu. Nic o czym warto by było opowiadać. Opiszę wam ten pierwszy raz (to był naprawdę przełom w moim życiu).
Był okres przed Studniówką w 1983r. W naszej budzie panował od lat zwyczaj organizowania przez III klasę studniówki dla IV klasy. Musieliśmy, jak to było w zwyczaju, przygotować ciekawy występ kabaretowy na taką okoliczność. No cóż, mus to mus. W naszej budzie była ekipa nieźle pokręconych ludzi. Zwłaszcza kilka dziewczyn: Dorota, „Plaża” (dziś nie pamiętam nawet jej imienia), Anita i Arletta. Były jakby stworzone do figlowania. No ale o tym napiszę później.
Tak więc klamka zapadła robimy kabaret. Dokładnie już nie pamiętam programu, ale był zabawny. Występowaliśmy głównie my z III klasy. Podział ról był prosty. Ten najprzystojniejszy (czyli niby ja) miał dostać rolę konferansjera. Razem z Plażą mieliśmy prowadzić występy. Program przygotowaliśmy dość bogaty, tak więc musieliśmy z Plażą pojawiać się „na scenie” dość często. Naprawdę nie wiem przy której próbie Plaża wpadła (jak to miała w zwyczaju) na „genialny pomysł”. Żeby było zabawniej zamienimy się rolami, ona wystąpi przebrana za faceta, a ja za kobietę. Włos na głowie stanął mi dęba.
Ty chyba zupełnie zwariowałaś. – Mówię do plaży – ja mam w kiecce wystąpić przed taką publicznością. Przecież tam będzie około setki osób. Ja nie dam rady. Chyba spaliłbym się ze wstydu. Nic się nie przejmuj. Wszyscy przyjdą się zabawić na studniówkę, a nie na jakiś tam kabaret. Wszystko będzie dobrze. Zobaczysz.
Dyskutowaliśmy dłuższy czas i jak pamiętam, argumenty jakich zastosowała tak diablica stopniowo mnie przekonywały do jej pomysłu. Plaża ustaliła, że przygotuje odpowiednią kreację z dodatkami, ot taką skromną.
Po wielu próbach przyszedł czas na ostatnią próbę w kostiumach. Wszystko było fajnie, dopóki nie pokazała mi tej „skromnej kiecki”. Tu muszę ochłonąć. Na samo wspomnienie robi mi się gorąco.
Doprawdy nie wiem do dziś, czemu ona mi to zrobiła. Może dlatego, że po szkole krążyła o mnie opinia: „młody, który wstrzemięźliwie żywot pędzi”. W każdym bądź razie Plaża postanowiła, że w innej wystąpić muszę i koniec (bo nie ma nic innego).
Tu krótko opiszę wam „kieckę”. Była to długa, ciemna, bordowa sukienka, przetykana gęsto złotą nitką. Ciasno opinała ciało, zwłaszcza biodra. Na lewym boku miała bardzo śmiałe rozcięcie aż za połowę uda. Z tyłu prawie brak było pleców. Bez rękawów. Za to z przodu dochodziła pod samą szyję i kończyła się opaską wokół szyi (coś w rodzaju obroży). Typowa sukienka sylwestrowa okresu „późnego PRL-u”. Na ten widok zamarłam.
I ja mam to założyć, a potem przedefilować kilkanaście razy po estradzie przy takiej publiczności. To chyba sen.
Ale Plaża nie dawała za wygraną. Musisz ją koniecznie przymierzyć, czy będzie na ciebie dobra. No jazda. I tak stanęłam przed faktem dokonanym. W szatni przy sali gimnastycznej, w której miała się odbywać studniówka przymierzyłam „kieckę”.
O-o-o-o! kuurrrczee, a niech mnie! Ale ta Plaża ma oko! – To była moja pierwsza reakcja, kiedy zobaczyłam się w lustrze. Jakież było moje zdumienie... Ten facet, tak na co dzień facet, wyglądał w tym niesamowicie.
Sama nie wiem dlaczego, ale wcale mi się nie spieszyło na próbę. Dokładnie oglądałam swoje odbicie w lustrze i nie mogłam tego pojąć. W mojej głowie kiełkowała jedna myśl: dlaczego nie mam takiej sukienki, skoro w niej tak dobrze wyglądam?
Czas mijał, a wciąż patrzyłam w lustro. Im dłużej, tym bardziej mi się ten widok podobał. W końcu poczułam zimno na plecach. To był znak, że już pora na próbę. Ze spuszczoną głową przechodziłam z szatni do auli (aula mieściła się na przeciwko sali gimnastycznej, a szatnie znajdowały się tuż obok). Wchodzę. Nic. Podchodzę. I znów nic. Nikt niczego nie komentuje. Nikt się ze mnie nie śmieje. Co jest! Jeszcze chwila i Plaża, która dotąd była zajęta pisaniem czy czytaniem czegoś, odkłada to i: No nareszcie. Już myślałam, że trzeba po ciebie wysłać pomoc. Pokaż się.
Plaża dokładnie obejrzała sobie jak wyglądam, pozostali obecni również i zaczęli komentować: No tak, tylko te krótkie włosy.... Te owłosione ręce i nogi (gdzie u licha było widać nogi w sukience do kostek???). Ale i tak jest super.
Dobra. Zaczynamy próbę. Do roboty – Zakomenderowała Plaża.
Czyżby to było na tyle? – O nie.
Rozpoczynamy próbę. Akurat w momencie pierwszego wyjścia razem z Plażą na scenę wchodzi „Biologica”. Tu muszę wyjaśnić, że całkiem sobie radziłam z biologią i Biologica lubiła mnie. Miałam u niej opinię osoby zdolnej, acz nieco leniwej
Widok jaki zastała musiał ją nieco zdziwić. Podeszła. Oczywiście próba kostiumowa przerwana. I co się stało...
Biologica skoncentrowała całą swoją uwagę na mojej osobie. Posypały się przeróżne komplementy. Razem z Plażą oglądały mnie z bliska i z daleka. I nagle ... Drzwi do auli otwierają się z impetem i wchodzą pozostałe „diablice”: Dorka, Anita i Arletta. Na mój widok tylko zachichotały. Potem razem z Biologicą i Plażą stanęły daleko od sceny, na której stałam i czekałam na rozpoczęcie próby, dyskutując dobre 15 minut. O czym rozmawiały mogę się tylko domyślać!
To był czwartek. Dzień ostatniej kostiumowej próby. W piątek o 17-tej miała rozpocząć się studniówka i trwać do „białego rana”. Próbę robiliśmy dwa razy. Potem umówiliśmy się, że wszyscy przyjdą o 16-tej, z wyjątkiem mnie i Plaży. My będziemy o 15-tej.
Faktycznie, w piątek o 15-tej w szatni damskiej, w której się umówiłam z Plażą byłyśmy, ale wszystkie: Biologica, Anita, Arletta, Dorota, Plaża i ja. Na pierwszy ogień poszły torby. A to bardzo ciekawe, dlaczego każda z nim miała całkiem pokaźną torbę? Przecież kostiumy zostawiliśmy w budzie. Po chwili było jasne. W tych torbach były wszystkie niezbędne dodatki, aby z „przystojniaka” zrobić „laseczkę”.
Najpierw zostałam wysmarowana jakimś kremem, po którym nie pozostał ani jeden włosek na moich rękach, nogach i pod pachami. Było jakoś głupio. Szczególnie, że brała w tym udział Biologica. Jedno co pamiętam do dziś, to jej wspaniałe makijaże – te na co dzień. Naprawdę mówię wam kobieta umiała się malować.
Po wstępnym zabiegu oczyszczenia mnie z sierści, kolej na prysznic. Po prysznicu, czas na przymiarkę garderoby. I tu pojawił się drobny problem. Plaża nie wspominała nic ani o depilacji ciała, ani o bieliźnie damskiej. Trudno. Trzeba to jakoś przetrzymać. Ja przeciw nim przecież jestem bez szans. A w ogóle, to zaczynało mnie to troszkę bawić. Po pierwsze: wspominałam wczorajszy widok w lustrze, po drugie: tyle kobiet wokół mnie się kręciło, to całkiem zabawne. No powiedzmy, że do pewnego momentu. Po przymiarce bielizny nowa niespodzianka. Malowanie paznokci u rąk i nóg.
Dziewczyny wymyśliły też, że powinnam wystąpić w pończochach. Jakież było moje zdumienie, kiedy miałam na sobie czarne, nylonowe pończochy ze szwem i do tego jedwabny pas do pończoch wykończony koronką. Znalazły się też czerwone podwiązki. Pamiętam, że czułam się super. Zaczynało mnie to wciągać i podniecać. Ciekawe co jeszcze trzymają w zanadrzu? Długo nie musiałam czekać! Biologica wykombinowała niezły sztuczny biust (z latex’u czy z silikonu), w dodatku doklejany. Miał on jedną zaletę: pod sukienką nie do odróżnienia od oryginalnego. No i nie trzeba zakładać biustonosza.
Pozostało wykonanie makijażu. Oj, co się wtedy działo! Takiej ilości kosmetyków poza sklepem drogeryjnym czy renomowanym gabinetem kosmetycznym nie można było zobaczyć. Prawie wszystko z Pewex'u (dla niewtajemniczonych – sklepy z towarami, w których można było kupować wyłącznie za walutę wymienialną). Po prostu Paryż! - pomyślałam.
Robienie makijażu zajęło dość dużo czasu. Trzeba było zrobić podkład i wyregulować brwi. Samo nakładanie cieni też trwało długo. Oczy miałam umalowane cieniami od krawędzi powieki do samych brwi. Na krawędziach powiek ciemne kreski. Niezły układ różu na policzkach (pamiętam, że nieźle uwydatniał kości policzkowe). Usta umalowane z konturem. Błyszczyk na ustach. Biologica użyła całego swojego doświadczenia do zrobienia tego makijażu.
Przyszedł czas na perfumy. Potem założyłam sukienkę. Jak „zwykle” wyglądałam dobrze (tak myślałam). Dziewczyny przygotowały perukę – piękne długie czarne włosy opadające na ramiona. Założyły mi ją. I ... marsz do lustra.
To był prawdziwy szok. W lustrze stała prawdziwa kobieta. Ten biust! Ta twarz zmieniona nie do poznania przez makijaż i te włosy (nigdy dotąd nie widziałam siebie w długich włosach, a w dodatku czarnych). Wszystko było super. Wyglądałam jak jakaś spikerka z telewizji. Nabierałam coraz to większej odwagi. To co widziałam było naprawdę piękne. Ale to jeszcze nie koniec. Przecież muszę mieć buty. I miałam. Bardzo delikatne sandałki na 8 cm cieniutkiej szpilce (pomysł Arletty, realizacja Biologicy). Potem biżuteria. Oczywiście złota. Bransoletki i pierścionki, bardzo delikatny naszyjnik. Wszystko bardzo dobrze dobrane. Znów spojrzenie do lustra. To było to. Byłam prawie 100% kobietą (no powiedzmy 18 +). Nawet dziewczyny zauważyły, że z założeniem szpilek zaczęłam poruszać się zdecydowanie kobieco. Ani szpilki, ani sukienka, włosy, czy damska bielizna nie stanowiły dla mnie żadnej bariery. Po prostu poczułam się w swoim żywiole, jakbym od lat chodziła tak ubrana. Do takiego spostrzeżenia doszły również moje „twórczynie”.
W tym czasie zaczęli przychodzić pozostali kabaretowicze. Dziewczyny zdębiały na mój widok. Nie mogły uwierzyć, że w środku jest facet. Było dużo pytań i śmiechu. Komplementy pod moim adres sypały się ze wszystkich stron. Nie powiem, bardzo mi to odpowiadało. Tą sielankę przerwała Dorota.
Wszystko w porządku, tylko zapomniałyśmy o klipsach.
Faktycznie, wszystko było z wyjątkiem tych przeklętych klipsów.
I co tu teraz zrobić – zaczęły się martwić dziewczyny.
Szybko znalazły rozwiązanie.
Skoro nie ma klipsów, muszą być kolczyki. Nie ma rady, musimy ci założyć kolczyki. Na samo słowo „kolczyki” poczułam się słabo.
Nie ja nie chcę kolczyków! Nie dam sobie założyć kolczyków! Przecież to trzeba przekłuć uszy. A to boli. Nie, nie dam sobie założyć kolczyków! – protestowałam.
Pamiętam jak próbowałam protestować w tamtej chwili. I o mało nie wygrałam. Ale Biologica wyjaśniła mi, że założenie kolczyków na jeden wieczór nie będzie miało żadnego znaczenia, przecież uszy się zagoją i nie będzie śladu. Dorota, która jak się później okazało, miała niezłe doświadczenie i wprawę w zakładaniu kolczyków szybko zorganizowała kolczyki wisiorki ze złota.
No i stało się to czego się obawiałam. One to musiały uknuć wcześniej. Ot tak dla jaj! W ruch poszła igła i w kilka minut później oglądałam moje biedne uszy przebite ze zwisającymi z nich złotymi kolczykami wisiorkami. Pamiętam, że emocji z powodu zabiegu było więcej niż faktycznego bólu. A efekt był okrutnie podniecający. Pamiętam, że w głowie zakołatała mi myśl: no trudno, skoro już są, to może je zostawić?
I to chyba był prawdziwy (jak sądzę do dziś) powód, dla którego pojawiła się Iwona. Zgrabna, czarnowłosa Iwona. Wylazła wtedy w całej okazałości z zakamarków duszy tego skromnego chłopaka. Cała ona.
Od tamtej chwili kiedy znów byłam nim, ukradkiem spoglądałam na każdą kobietę na ulicy, podglądając ich ruchy, makijaż, części stroju. W duchu ciągle tęskniłam do Tej Iwony ze studniówki.
Wreszcie stało się. Rozpoczynamy kabaret. Pierwsze wyjście na scenę. Wchodzę razem z Plażą przebraną za faceta. Widzowie oniemieli. Lekka konsternacja. Plaża rozpoczyna mówić. Śmiech, gwizdy i oklaski. Potem moja kwestia. Próbuję udawać dziewczęcy głos (o co u 18 latka raczej trudno). Na sali ciszej. Konsternacja. Głos jakby znajomy, ale nie do końca. Kto to jest?... Do końca kabaretu nikt nie wiedział kim jest ta laseczka!!! To było dobre. Wychodziliśmy z Plażą razem, raz ona mówiła, a raz ja, i nikt nie mógł w 100% powiedzieć, kim jest ta laska i skąd się tu wzięła.
Po zakończeniu kabaretu tradycyjnie: Polonez i zabawa na całego. Tylko jest jeden problem. Zanim się przebiorę i wejdę na imprezę, to upłynie pewnie ponad pół godziny. Co robić? Podpowiedź przyszła sama. Dziewczyny zabrały mnie prosto ze sceny na salę balową.
Oj, co tam się wydarzyło! Tańczyłam chyba z większością facetów, włącznie z Dyrem (niezły obciach, co?). Razem z dziewczynami tańczyłam kankana. To było świetne! Kiedy unosiłam lewą nogę do góry, przez rozcięcie w sukience ukazywała się prawie cała moja noga w czarnej pończosze z czerwoną podwiązką. (Potem Biologica wspominała ten taniec do końca, do samej mojej matury).
Dużo później, kiedy część kolesiów nie nadawała się do użytku, a na parkiecie pojawiły się pary mieszane (efekt dobrej zabawy i pokątnego spożywania alkoholu), mogłam nieco odetchnąć. To dziwne. Pamiętam, że muzyka grała bardzo głośno, tak że nie sposób byłoby rozmawiać, a jednak z kilkoma facetami próbowałam rozmawiać i odniosłam wrażenie, że oni mnie autentycznie mają za jakąś dziewczynę z innej budy. Niezła heca!
Najgorsze było potem. Po Studniówce trzeba wracać do domu. Łatwo powiedzieć! Trudniej wykonać, szczególnie że całkiem przypadkowo z szafki z moimi ciuchami wyparowały moje ciuchy, a ich miejsce w cudowny sposób zajęło futro a’la lisy srebrne, czarne kozaki na szpilce, skórzane rękawiczki, torebka i długi biały szal. Na moje pytania zmęczone dziewczyny odpowiadało bardzo zdawkowo i wymijająco. Bardzo śmieszne! – pomyślałam.
No cóż, poszłam za ciosem. rzecież w połowie stycznia nie pójdę nago do domu. Założyłam więc kozaki i futro, buciki spakowałam do pożyczonej od dziewczyn reklamówki i poszłam. Daleko nie doszłam. Około 300 m od Budy był przystanek, a na nim kilka osób od nas z imprezy czekało na autobus. Na mój widok jeden z kolesiów podbiegł i usłużył mi ramieniem. Totalne zaskoczenie! Ale „gentleman”! Lekko wtuliłam się pod jego rękę, a drugą ręką ujęłam poły stójkowego kołnierza. Chciałam chyba udać że jest mi zimno. Nie miałam nastroju na żarty. Byłam bardzo zła na dziewczyny. Jak one mogły mi to zrobić!
Oczywiście towarzystwo zaplanowało wcześniej przeniesienie imprezy. Miała być dalej prywatka na całą sobotę, no i może na część niedzieli. Włos mi stanął dęba pod peruką! Nagłe krew uderzyła mi do skroni.
– Oni chyba oszaleli! Ja w tym stroju, makijażu i biżuterii mam się z nimi męczyć na jakiejś prywatce! Przecież to absurd!
Ups!.. tutaj muszę dodać, że w tym momencie zapomniałam kim jestem, albo lepiej na kogo wyglądam. Zabawne, po raz pierwszy się na tym załapałam. A jeszcze zabawniejsze jest to, że wszyscy z którymi tam wtedy byłam już doskonale o wszystkim wiedzieli. Nawet to zupełnie zaakceptowali. Do dziś nie pamiętam, która z dziewczyn nazwała mnie Iwona. To musiało być już na prywatce, chyba gdzieś w kuchni, przy kawie (wiadomo kobiety lubią pogaduchy w kuchni).
Impreza była świetna. Po małym odpoczynku było dużo zabawy - coś pomiędzy balem karnawałowym, a sylwestrem. Dużo muzyki i szampan. Chyba wtedy mi tego najbardziej brakowało. Pamiętam, że tańczyłam do utraty tchu. Miałam niezłe powodzenie. Chyba dziewczyny nawet mi zazdrościły. No przecież nie codziennie jest się ekstra laską! Prawda?
Potem przyszło zmęczenie. W końcu od ładnych kilku godzin ciągle na nogach i w dodatku w szpilkach (do dziś nie mogę tego pojąć, jak ja mogłam tyle czasu po raz pierwszy wytrzymać w szpilkach na obcasie 8 cm i w dodatku przetańczyć praktycznie prawie dobę!). Przyszedł koniec imprezy. Dziewczyny zabrały mnie do łazienki, gdzie skrupulatnie zaczęły moją transformację w odwrotnym kierunku. Pamiętam, że prosiłam je o jeszcze jedną chwilkę zwłoki, jeszcze tylko to ostatnie spojrzenie w lustro. W lustrze odbijała się postać szczupłej brunetki o długich włosach, zgrabnych nogach - ukazujących się przez długie rozcięcie w bordowej sukni. I ta twarz. Ciągle wyglądała wspaniale. Po takiej imprezie. Po tylu godzinach. Sama nie mogłam w to uwierzyć. Wszystko wyglądało prawie jak na godzinę przed Studniówką.
Potem powrót do domu. Bardzo długi sen. Rano obudziłam się z gorączką. To wynik porannego oczekiwania na mrozie na pierwszy autobus w sukience bez pleców i z długim rozporkiem z boku. Chorowałam około 10 dni. Leżąc w łóżku wciąż wspominałam te chwile, które sprawiły mi tyle przyjemności. Chyba właśnie wtedy z zakamarków tego męskiego ciała wyszła na światło dzienne cała Iwona. Wtedy zapadła ostateczna decyzja. Jeszcze nie bardzo wiedziałam dlaczego, ani kiedy, ale muszę to powtórzyć. Ta myśl była ekscytująca. Rozpoczęło się długie oczekiwanie na kolejną okazję.
* *
P.S.
Ta cała historia wydarzyła się naprawdę.
Wszystkie osoby i wydarzenia w niej opisane są autentyczne. Celowo nie podałam nazwy szkoły i miejscowości. A może ktoś, kto dzisiaj uczy się w tej szkole zna tę historię ze szkolnych opowieści? Ciekawe, czy krążą o mnie legendy. Jeśli znacie, to napiszcie. Szkoda, że nie mam już zdjęć z tej imprezy. Zaginęły w czasie licznych przeprowadzek. To byłby dopiero dowód rzeczowy!
Ach! Zapomniałam dodać. Innym razem opiszę wam moje przeżycia z czasów studenckich. To były czasy ...
Iwona
Re: Opowiadania/historie ze starego forum
5Autorka: Iwona
Wspomnienia jak przez mgłę... Juwenalia 1985
Za oknem pada deszcz. Miarowo. Jest noc. Godzina 1:30. Ja siedzę i zaczynam pisać. Który to już raz? Piąty, nie szósty ... chyba.
Ach te studenckie czasy. Aż łezka w oku się kręci. To były dobre czasy. Człowiek żył sobie spokojnie. Studiował. Bawił się. I jest co wspominać.
Ale, zanim zacznę kolejne wspomnienia, czas nadrobić błąd z poprzedniej opowieści. Zapomniała się przedstawić.
Jestem Iwona. Mieszkam w Łodzi. Mam ok. 40 lat. Zielone oczy i krótkie ciemny blond włosy. Wzrost 178 cm, waga ponad 78 kg. Reszty wymiarów nie podaję – zaraz zrozumiecie dlaczego.
Urodziłam się w Łodzi i tu spędziłam większą część życia (z drobnymi incydentami). Studiowałam na UŁ. Potem Praca, łącznie 8 lat. Potem temu facetowi (tj. tej mojej drugiej połowie) najwyraźniej coś odbiło i zaciągnął się do woja na kontrakt! I to gdzie – do wojsk powietrzno-desantowych. Czysty obłęd! On zupełnie nie liczył się z moim zdaniem na ten temat. Postanowiłam ukarać go kiedyś za to (kiedyś wam to opiszę).
W wyniku restrukturyzacji wojska podziękowali temu facetowi i znów został cywilem. Potem trochę byłam bez pracy, ale szybko coś sobie zorganizowałam. Teraz jest już chyba wszystko w porządku, pracuję wprawdzie na pół etatu, ale dobre i to. I to tyle o mnie na razie.
Wracając do tematu Juwenaliów.
Muszę nieco przybliżyć wam atmosferę panującą w naszej grupie studenckiej. Otóż, z wyjątkiem nauki robiliśmy wszystko. Potrafiliśmy od 1 października do 30 listopada robić imprezy po 2 lub 3 razy w tygodniu. Zawsze tematyczne. Nie znosiliśmy nudy. Przecież żyje się tylko raz! Prawda.
Pod koniec pierwszego roku studiów były Juwenalia. Ot impreza dla całego Uniwerku. Przygotowania w naszej grupie trwały chyba ze trzy tygodnie. Miałam wtedy dobre układy z koleżankami z grupy, szczególnie z Jolą, Elą i Agnieszką. Jola była szczupłą brunetką, ok. 170 cm wzrostu. Ela dobrze zbudowaną ciemnoblond dziewczyną, ok. 175 cm wzrostu. Agnieszka podobnej budowy i wzrostu brunetką. Razem spędzaliśmy sporo czasu. Byłyśmy nieźle zżyte ze sobą. Dziewczyny miały jedną zaletę: lubiły dobrą zabawę, i miały jedną wadę: nie znały umiaru we wszelkich psotach.
Przyszedł czas Juwenaliów. Pod pretekstem pomocy w przygotowaniach zostałam podstępnie zwabiona do domu Agnieszki. Rodzina Agnieszki wyjechała gdzieś w tym czasie. Chata była wolna. Zaraz jak tylko się pojawiłam przybyły pozostałe dziewczyny. Wkrótce okazało się, że tych przygotowań jest coś za mało dla tylu osób. Dopiero wtedy zorientowałam się, jaki był prawdziwy powód zaproszenia.
Dziewczyny między sobą uradziły, że jestem jedynym facetem na roku, z którym mają tak dobre kontakty i szkoda że nie jestem jedną z nich. Skoro są Juwenalia, to akurat dobra pora żeby dla hecy coś z tym zrobić, a dokładniej coś ze mną zrobić. Wpadły na pomysł, że będzie na osiedlu studenckim wystarczająco dużo przebierańców, więc nikogo nie zdziwi jeszcze jeden więcej.
Co postanowiły, to zrealizowały. Nie powiem, żebym specjalnie protestowała. Przez ponad dwie godziny poddawana byłam różnym zabiegom upiększającym, mającym na celu przeistoczenie mnie w płeć piękną. W końcu przeistoczenie zostało dokonane. Stałam się szczupłą brunetką ubraną w czarną spódniczkę typu kloszowego (z halką) w stylu lat 50-tych, czarną obcisłą bluzeczkę z długim rękawem i do tego dużym dekoltem. Oczywiście czarne rajstopy i szpileczki (niewysokie, jakieś 7 cm). Makijaż był fantastyczny. Typowy, dość delikatny ale wieczorowy. Poczułam się wspaniale. Nie muszę chyba wspominać, że takie przeistoczenie bardzo było mi na rękę. W końcu już kiedyś tego próbowałam i ciekawość jak będzie tym razem górowała nad lękami. Dziewczyny postarały się i było super.
Potem było troszkę mniej super. Około 15-tej wyszłyśmy z domu. Myślałam, że pojedziemy taksówką żeby nie robić obciachu. Ale gdzie tam. Dziewczyny od razu skierowały się na przystanek tramwajowy. Ale heca! Żeby dojechać od Agnieszki do osiedla studenckiego trzeba przejechać w poprzek prawie całą Łódź (dla obeznanych z końca Retkini na Lumumbowo), a w dodatku przez najruchliwsze miejsca w Łodzi. Tego było już za wiele. Chciało mi się płakać. Przecież to niemożliwe, żeby w takim przebraniu i w dodatku w tramwaju, w tłoku, nikt mnie nie rozpoznał. A jednak, cuda się zdarzają!
Wsiadłyśmy w 12 i jedziemy. Pasażerów wciąż przybywa. Mnie rośnie poziom adrenaliny. Obserwuję dyskretnie pasażerów. Prawie nikogo nie interesują jadące studentki. Wiadomo, dziś zaczynają się Juwenalia. Dojeżdżamy do centrum, do słynnej na całą Polskę ulicy Piotrkowskiej. Wsiadło dużo za dużo ludzi. Robi się okropny tłok. Ja zaczynam panikować. Błagalnie patrzę na Agnieszkę stojącą tuż obok. Stoi zupełnie spokojna. Nagle jakiś facet gramoląc się na mnie przydeptuje moje palce uwięzione w pantofelku na szpilce. Ból straszny, mało nie krzyknęłam. Pan się szybko zreflektował i grzecznie przeprosił panienkę. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie to, że facet stał w odległości 30 cm, i dokładnie musiał widzieć mój profil. Pierwsza myśl – aż tak ślepy, czy aż tak głupi? Nie. Ja chyba naprawdę wyglądałam na tyle kobieco, że chyba nikt się nie mógł połapać co jest grane. Nawet całkiem elegancka kobieta stojąca prawie naprzeciwko mnie, patrzyła i nic.
Dojeżdżamy jeden przystanek dalej, do ulicy Kilińskiego. Agnieszka panicznie rzuca hasło: Dziewczyny wysiadamy! Kompletnie nie wiem co jej odbiło. Próbuję przecisnąć się przez tłum. Milczę. Nikogo nie przepraszam. Ale obciach! Wysiadłyśmy. Agnieszka mówi, że musimy wrócić się do Piotrkowskiej. Dziewczyny nie protestują. Ja nadal nie wiem o co tutaj chodzi. Idziemy. Staram się poruszać jak najbardziej kobieco, co przychodzi mi z trudem na nierównym chodniku i w dodatku w niezłym tłumie. Mam już tego dość! Co tej kretynce odbiło? Nie mogę ją o to zapytać. Prawie pędzimy. Już doszłyśmy do Piotrkowskiej, przechodzimy na drugą stronę skrzyżowania. Cała okolica wygląda jakby wszyscy mieszkańcy Łodzi wylegli nagle na ulice. Ludzi tłumy. Idziemy jeszcze kilka kroków. O nie, dziewczyny wchodzą do gabinetu kosmetycznego. Ja za nimi, przecież nie zostanę sama na ulicy. One jakby czekały na ten moment. Zanim zdążyłam się zorientować o co chodzi, było już za późno.
Agnieszka rozmówiła się z kosmetyczką, ja nie zdążyłam nawet ust otworzyć. Wylądowałam na fotelu. Obok stały dziewczyny. Teraz dopiero dotarło do mnie. Widziały na moich uszach delikatne blizny po kolczykach (efekt po Studniówce – swoją drogą kiedy i gdzie się zorientowały?). Postanowiły "zrobić mi przyjemność" i założyć kolczyki. Trwało to dosłownie kilka minut. I znów Iwona miała kolczyki. Widziałam jaką przyjemność sprawiłam dziewczynom. Stałam się dla nich jedną z nich. Ja też ochłonąwszy po tym zamieszaniu poczułam się lepiej i pewniej. W końcu w tamtych czasach faceci nie przekłuwali sobie uszu (jeżeli to tylko jedno, lewe), a ja miałam kolczyki – zupełnie jak kobieta.
Poszłyśmy na przystanek i wsiadłyśmy do 12. Jedziemy. Znów tłok. Obok mnie stoi teraz kobieta ok. 50-tki. Przygląda mi się uważnie. O, chyba coś jest nie tak. Iwona, zachowaj spokój. Wszystko będzie dobrze. Z pomocą przyszła Agnieszka. Zapytała o coś stojąca obok mnie kobietę. Nawiązały rozmowę. Nagle słyszę: "Panienki tak ślicznie dziś wyglądają, chyba na jakąś zabawę jadą". Jakby piorun we mnie strzelił. Pociemniało mi w oczach. "Ona ma mnie za dziewczynę" – przemknęło mi przez myśl. Delikatnie odwracam głowę w jej kierunku z lekkim uśmieszkiem w podzięce. Czuję tylko, że nie wiem dlaczego zaczynają mi dygotać łydki. "Iwona zachowaj spokój" – powtarzałam sobie ze sto razy. Nareszcie dojechałyśmy. Na osiedlu studenckim niezły tłum. A te wariatki zamiast iść prosto do akademika na imprezę idą pod estradę w największy tłum. O zgrozo! Tramwaj, to tramwaj. Co innego kilkaset młodych osób gęsto stojących obok siebie. I do tego ta koszmarna muzyka!
Wchodzimy w tłum. Nagle czuję jak jakaś łapa ląduje na moim tyłku. Aż zawrzało we mnie. Żeby nie ta ciasnota, palant dostałby w zęby i pokazał numer buta. Odwracam się dyskretnie. Obok mnie stoi bardzo przystojny, wysoki, dobrze zbudowany brunet i patrzy na mnie roziskrzonymi oczami. No nie! Tego już było za wiele! Zaczynam panikować. Jesteśmy w środku tłumu. Nie ma dokąd uciec. A ten facet zaczyna mnie delikatnie mówiąc "adorować". Stojąc za mną objął mnie ramionami. Zrobiło mi się gorąco. Myślę sobie, "co teraz będzie jak odkryje, że nie jestem tak do końca kobieta?"
Z opresji wybawiły mnie dziewczyny. Zauważyły co się święci. Szybki zwrot i wychodziłyśmy z tłumu. Ja mimowolnie spoglądam za siebie. I nagle żal i wielkie rozczarowanie. Mój adorator został w tłumie. A to dupek. A może nie odpowiadał mu zapach moich perfum?
Docieramy na imprezę. Konsternacja. Faceci zdębieli. Dziewczyny prawie w szoku. W chwilę potem otoczona zostałam przez ciasny krąg koleżanek. Chwaliły mój makijaż i strój. Zdziwienie natomiast wywołały kolczyki w moich uszach. Wtedy dopiero po raz pierwszy usłyszałam od jednej z koleżanek dość dziwne stwierdzenie: "ile to my kobiety musimy przecierpieć, żebyśmy wyglądały ładnie". Myślę sobie, że to jest swoiste motto.
Zabawa była dobra. Trochę w pokoju w akademiku, trochę odwiedzin u zaprzyjaźnionych znajomych i trochę dyskoteki. Miałam okazję poznać kilka nowych dziewczyn. To było bardzo dziwne. Lgnęły do mnie jak pszczoły do plastra miodu. Chyba z ciekawości. Po latach dopiero odkryłam, że facet z tak niecodziennym hobby jest nie tylko nie lada atrakcją na każdym przyjęciu, ale również w łóżku dziewczyny mają dodatkową podnietę (!).
Wszystko było dobrze. Z piątku na sobotę noc przebalowałyśmy. W sobotę wcześnie rano znów powrót do domu Agnieszki. Koszmar. W tramwaju prawie sam "element" powracający z libacji. Oczywiście nie mogło się obyć bez dotykania mojego tyłka. Jeden nawet w wyjątkowo chamski sposób złożył mi propozycję. Dziewczyny miały dziką radość. JA RACZEJ NIE !
Wreszcie dojechałyśmy. Po kolei wzięłyśmy prysznic i do łóżek spać. Potem pobudka o 14-tej. Ten sam rytuał co wczoraj. Tylko inny, delikatniejszy makijaż. Ubranko raczej normalne: bawełniana luźna bluzeczka (chyba nawet biała), dżinsowa spódniczka przed kolano, beżowe rajstopy, kurtka dżinsowa i wygodne czarne czółenka. Ale ulga po wczorajszym!
Stanęłam przed lustrem. Pełny odjazd. To było to. Do czarnulki taki strój idealnie pasował. Kilka dodatków i gotowe. Czułam się wyśmienicie. Kto próbował, ten wie!
Wyszłyśmy na ulicę. Idziemy na przystanek. Ludzie absolutnie nie zwracają na mnie uwagi. Jaka ulga.
W tramwaju dość luźno, ludzie bardziej zrelaksowani niż wczoraj – no przecież muszą sobie popatrzeć na studentki! (Pamiętam, że było mi dość ciepło z wrażenia).
Dojechałyśmy.
Na dzisiaj nasza grupa studencka zorganizowała zamkniętą imprezę p.t. "Wybory Miss". (*) Były nagrody: I - samochód VW Golf (tyle, że resorówka), II - prawdziwy tygrys (mały czarny kotek) i III - .... coś tam jeszcze, jako nagroda pocieszenia.
Były przeróżne konkurencje: erotyczne rozbieranie (głównie pokazanie uda lub ramienia), szpagat, namiętny pocałunek z "Dziadkiem" (to taki koleś, ostatnia oferma na roku) i dużo innych.
Przed wyborami przygotowania. Wiadomo przebieranko, makijaż. Dziewczyny wystąpiły w różnych strojach, były m.in.: zakonnica, ladacznica, sierotka Marysia, dziewczyna w ciąży, tancerka z kabaretu, no i ja "gwiazda pożal się Boże". Dziewczyny wymyśliły, że mam odegrać panienkę z dobrego domu. Taką wiecie, w długiej i wąskiej do kostek spódnicy, bluzeczce zapiętej na ostatni guzik i przyciasnym sweterku. (Hetery! Złośnice!)
Wszystko było dobrze do momentu erotycznego rozbierania się. Jak to zrobić w takim stroju? Myśl dziewczyno, myśl! No i wymyśliłam. Udało mi się w rytm tańca odsłonić nawet prawie całe udo. Dzisiaj chyba bym tego nie zrobiła!
Dalej było już tylko gorzej. Zróbcie szpagat w wąskiej spódnicy! No to kiecka w górę, tyłek na wierzchu i szpagat. Wszyscy ryczeli ze śmiechu. Ale szpagat zrobiłam do samej ziemi. Oczywiście kolesie musieli mnie podnosić.
Potem (tfu! tfu!) ten pioruński pocałunek. Mógłby się chociaż koleś ogolić! No jakoś poszło (czego się nie robi dla dobrej zabawy).
Niestety nie dostałam nagrody. A szkoda. Mogli nagrodzić chociaż moją odwagę.
Po wyborach totalna impreza i powrót do domu Agnieszki. Tylko tym razem miałam strój z wyborów i buty na obcasie 8 czy 9 cm. Srodze cierpiałam. Całe szczęście, że Aga miała dużą nogę, chyba rozmiar 40 albo 41 (Aga! chwała ci za to, inaczej szła by sobie nieboraczka boso przez całe miasto).
Trzeciego dnia Juwenaliów (niedziela) pojechałyśmy już na całkowitym luzie. Ja miałam na sobie dżinsową spódniczkę przed kolana, beżowe rajstopy, białą bluzkę z krótkim rękawkiem i czółenka na płaskim obcasie (jaka ulga dla nóg).
Przejazd – zupełny luz. Imprezy coś cienkie. Słyszymy, w "Balbinie" (akademik filologii) jest niezły ubaw. Idziemy. Dziewczyny znały kogoś z polonistyki. Wchodzimy do pokoju, a tam kilka par. O, szok! Trochę więcej dziewczyn niż chłopaków. Mam chyba pietra. One wyglądają niesamowicie.
Ewa - brunetka 175 cm, bardzo szczupła i bardzo zgrabna. Gośka – 170 cm, blondynka o zielonych oczach. Wygląd intelektualistki. Druga Gośka – jakieś 180 cm, ciemny blond. No i ona. Ta niesamowita dziewczyna, ta która tego faceta (tą moją drugą połowę) później okręcała sobie wokół palca, robiła mu psikusy, napinała jego cierpliwość, aż zrobiła coś, poczym ten mój facet zamknął się na dwa tygodnie w domu, nic nie robił, nawet się nie ogolił (już myślałam, że sobie coś złego zrobi ze zgryzoty!).
Ona, czyli Dorota. Piękna, długowłosa, średni blond, włos lekko kręcony i rozwiany (zawsze jak rozwiany) z grzywką zakrywającą 1/3 twarzy. Oczy niebieskoszare – rzadko spotykany kolor. Twarz prawie nastolatki, aczkolwiek rysy dość poważne, dojrzałem kobiety. Wzrost jakieś 175 cm. Ciałko zgrabne, proporcjonalnej budowy. Chód modelki. Bestia!
We mnie jakby piorun strzelił! Skamieniałam. Ten widok mnie poraził! Ta moja druga połowa zapragnęła ją mieć! Tylko... Ooo! Przecież wyglądam jak kobieta! Dziś już nie pamiętam, jaka była moja dalsza reakcja. Pewnie gotowa byłam uciec stamtąd jak najdalej. Nie zdążyłam! Koleżanki zadbały o mnie i nim zdążyłam ochłonąć zostałam po kolei przedstawiona towarzystwu.
Milczałam. Oni mnie onieśmielali. Zwłaszcza Dorota. Ona od razu zorientowała się co jest grane i zaczęła się śmiać. To był już koniec! Musiało się coś załamać we mnie. Doprawdy opadłam z sił.
Było tam też trzech czy czterech studentów medycyny z Wojskowej Akademii Medycznej. Posadzono mnie natychmiast między nimi. Naprzeciwko siedziała ona, Dorota. Patrzyła wciąż na mnie, a w jej spojrzeniu widziałam smutek. Nie rozumiałam, dlaczego jest smutna. Potem się dowiedziałam.
Akcja się rozwinęła. Faceci udawali że jestem kobietą i ja próbowałam ją "parodiować". Jeden z nich zabrał mnie na dyskotekę. Ubaw, jak nie wiem co!!! Gdybym chciała opisać wszystko, co się zdarzyło tamtego dnia, musiała bym napisać dodatkowo kilka stron.
Najważniejsze, że w trakcie imprezy to Dorota pierwsza podeszła do mnie i rozpoczęła rozmowę.
Potem często odwiedzałam ją w akademiku. Zawsze były kwiaty, ciastka. Z czasem nasz związek rozwinął się i było naprawdę wspaniale. Byliśmy dość długo razem. Ona lubiła seks (Pamiętam, jak kiedyś bawiąc się w łóżku z kostką lodu nagle wylądowaliśmy oboje na podłodze – to było dla mnie zaskoczenie – ona lewitowała czy co?). Bardzo lubiła kochać się z facetem, kiedy był przebrany w damskie ciuszki. To ją dodatkowo podniecało.
Jej tajemniczy smutek polegał na tym, że większość facetów widziało w niej tak naprawdę tylko powłokę zewnętrzną. Ci wartościowi faceci byli nią onieśmieleni. Ze mną musiała się czuć dobrze. Ze mną mogła rozmawiać, spędzać wspólnie czas, nie musiała się niczego obawiać. To ona tak naprawdę decydowała w naszym związku (może kiedyś i tym napiszę).
I wyobraźcie sobie, po latach w 2001r. ta oferma, ten facet, ta moja druga połowa, załatwiając jakieś sprawy służbowe w sztabie w Łodzi (oczywiście wystrojony w mundur z mocno sfatygowanym bordowym naleśnikiem na głowie) spotyka ją przypadkowo. Chciał wsiąść do tramwaju, drzwi się otwierają i piękna kobieta zawadzając widocznie obcasem buta o stopień zwala się w jego objęcia. Poznał ją od razu.
"Niech Pani Dorotka uważa, bo sobie jeszcze nóżki połamie" – powiedział żartobliwie. Ona spojrzała – te iskry w oczach – oczywiście że też poznała. Paradowali sobie potem prawie przez pół Piotrkowskiej pod rękę, wzbudzając nie lada sensację: ona bardzo elegancka "business woman" a on "maczek prosto z poligonu". Przesiedzieli całe popołudnie w kawiarni "Hortex" pijąc kawę i wspominając przeszłość. I ten oferma nawet nie wykorzystał takiej okazji, żeby z Dorotą wznowić znajomość!
A ona? No cóż. Jak kiedyś. Prawie się nie zmieniła. Ubiera się tylko zdecydowanie kobieco. Nie tak jak dawniej dżinsy i styl sportowy. (A swoją drogą, ciekawe co się kryje w szafie takiej kobiety?)
No ale dość tego wracam do tematu.
Zabawa trwała do piątej rano w poniedziałek. Potem powrót tramwajem. W tramwaju jadą ludzie do fabryki na pierwszą zmianę. Dokładnie nas lustrują. Jest fajnie. Jestem całkowicie zrelaksowana. Zadowolona ze swojego występu. Wtem jedna z pań (życzliwa zołza) zwraca mi uwagę, że poleciało mi oczko z tyłu rajstop. SZOK ! Krew nagle uderzyła mi do głowy. Chyba się zarumieniłam na ładnie, dziewczęco umalowanej twarzy.
Taki był finał kolejnego oficjalnego występu Iwony. A to dopiero początki zabawy.
Opisane powyżej zdarzenia są autentyczne, jak i osoby w nim wymienione. Jedyna zmiana, to czas akcji "Wyborów Miss". Faktycznie odbyły się pół roku później. Zmianę dokonałam celowo ze względu na wyjątkowo nudny drugi dzień Juwenaliów; nic ciekawego się nie zdarzyło, no może z wyjątkiem kilku drobnych obciachów i wpadek oraz oczywiście narąbanych kolesiów. Myślę, że wybaczycie mi dokonaną "kompilację".
Ciąg dalszy moich przygód z młodości ... nastąpi.
IWONA
Wspomnienia jak przez mgłę... Juwenalia 1985
Za oknem pada deszcz. Miarowo. Jest noc. Godzina 1:30. Ja siedzę i zaczynam pisać. Który to już raz? Piąty, nie szósty ... chyba.
Ach te studenckie czasy. Aż łezka w oku się kręci. To były dobre czasy. Człowiek żył sobie spokojnie. Studiował. Bawił się. I jest co wspominać.
Ale, zanim zacznę kolejne wspomnienia, czas nadrobić błąd z poprzedniej opowieści. Zapomniała się przedstawić.
Jestem Iwona. Mieszkam w Łodzi. Mam ok. 40 lat. Zielone oczy i krótkie ciemny blond włosy. Wzrost 178 cm, waga ponad 78 kg. Reszty wymiarów nie podaję – zaraz zrozumiecie dlaczego.
Urodziłam się w Łodzi i tu spędziłam większą część życia (z drobnymi incydentami). Studiowałam na UŁ. Potem Praca, łącznie 8 lat. Potem temu facetowi (tj. tej mojej drugiej połowie) najwyraźniej coś odbiło i zaciągnął się do woja na kontrakt! I to gdzie – do wojsk powietrzno-desantowych. Czysty obłęd! On zupełnie nie liczył się z moim zdaniem na ten temat. Postanowiłam ukarać go kiedyś za to (kiedyś wam to opiszę).
W wyniku restrukturyzacji wojska podziękowali temu facetowi i znów został cywilem. Potem trochę byłam bez pracy, ale szybko coś sobie zorganizowałam. Teraz jest już chyba wszystko w porządku, pracuję wprawdzie na pół etatu, ale dobre i to. I to tyle o mnie na razie.
Wracając do tematu Juwenaliów.
Muszę nieco przybliżyć wam atmosferę panującą w naszej grupie studenckiej. Otóż, z wyjątkiem nauki robiliśmy wszystko. Potrafiliśmy od 1 października do 30 listopada robić imprezy po 2 lub 3 razy w tygodniu. Zawsze tematyczne. Nie znosiliśmy nudy. Przecież żyje się tylko raz! Prawda.
Pod koniec pierwszego roku studiów były Juwenalia. Ot impreza dla całego Uniwerku. Przygotowania w naszej grupie trwały chyba ze trzy tygodnie. Miałam wtedy dobre układy z koleżankami z grupy, szczególnie z Jolą, Elą i Agnieszką. Jola była szczupłą brunetką, ok. 170 cm wzrostu. Ela dobrze zbudowaną ciemnoblond dziewczyną, ok. 175 cm wzrostu. Agnieszka podobnej budowy i wzrostu brunetką. Razem spędzaliśmy sporo czasu. Byłyśmy nieźle zżyte ze sobą. Dziewczyny miały jedną zaletę: lubiły dobrą zabawę, i miały jedną wadę: nie znały umiaru we wszelkich psotach.
Przyszedł czas Juwenaliów. Pod pretekstem pomocy w przygotowaniach zostałam podstępnie zwabiona do domu Agnieszki. Rodzina Agnieszki wyjechała gdzieś w tym czasie. Chata była wolna. Zaraz jak tylko się pojawiłam przybyły pozostałe dziewczyny. Wkrótce okazało się, że tych przygotowań jest coś za mało dla tylu osób. Dopiero wtedy zorientowałam się, jaki był prawdziwy powód zaproszenia.
Dziewczyny między sobą uradziły, że jestem jedynym facetem na roku, z którym mają tak dobre kontakty i szkoda że nie jestem jedną z nich. Skoro są Juwenalia, to akurat dobra pora żeby dla hecy coś z tym zrobić, a dokładniej coś ze mną zrobić. Wpadły na pomysł, że będzie na osiedlu studenckim wystarczająco dużo przebierańców, więc nikogo nie zdziwi jeszcze jeden więcej.
Co postanowiły, to zrealizowały. Nie powiem, żebym specjalnie protestowała. Przez ponad dwie godziny poddawana byłam różnym zabiegom upiększającym, mającym na celu przeistoczenie mnie w płeć piękną. W końcu przeistoczenie zostało dokonane. Stałam się szczupłą brunetką ubraną w czarną spódniczkę typu kloszowego (z halką) w stylu lat 50-tych, czarną obcisłą bluzeczkę z długim rękawem i do tego dużym dekoltem. Oczywiście czarne rajstopy i szpileczki (niewysokie, jakieś 7 cm). Makijaż był fantastyczny. Typowy, dość delikatny ale wieczorowy. Poczułam się wspaniale. Nie muszę chyba wspominać, że takie przeistoczenie bardzo było mi na rękę. W końcu już kiedyś tego próbowałam i ciekawość jak będzie tym razem górowała nad lękami. Dziewczyny postarały się i było super.
Potem było troszkę mniej super. Około 15-tej wyszłyśmy z domu. Myślałam, że pojedziemy taksówką żeby nie robić obciachu. Ale gdzie tam. Dziewczyny od razu skierowały się na przystanek tramwajowy. Ale heca! Żeby dojechać od Agnieszki do osiedla studenckiego trzeba przejechać w poprzek prawie całą Łódź (dla obeznanych z końca Retkini na Lumumbowo), a w dodatku przez najruchliwsze miejsca w Łodzi. Tego było już za wiele. Chciało mi się płakać. Przecież to niemożliwe, żeby w takim przebraniu i w dodatku w tramwaju, w tłoku, nikt mnie nie rozpoznał. A jednak, cuda się zdarzają!
Wsiadłyśmy w 12 i jedziemy. Pasażerów wciąż przybywa. Mnie rośnie poziom adrenaliny. Obserwuję dyskretnie pasażerów. Prawie nikogo nie interesują jadące studentki. Wiadomo, dziś zaczynają się Juwenalia. Dojeżdżamy do centrum, do słynnej na całą Polskę ulicy Piotrkowskiej. Wsiadło dużo za dużo ludzi. Robi się okropny tłok. Ja zaczynam panikować. Błagalnie patrzę na Agnieszkę stojącą tuż obok. Stoi zupełnie spokojna. Nagle jakiś facet gramoląc się na mnie przydeptuje moje palce uwięzione w pantofelku na szpilce. Ból straszny, mało nie krzyknęłam. Pan się szybko zreflektował i grzecznie przeprosił panienkę. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie to, że facet stał w odległości 30 cm, i dokładnie musiał widzieć mój profil. Pierwsza myśl – aż tak ślepy, czy aż tak głupi? Nie. Ja chyba naprawdę wyglądałam na tyle kobieco, że chyba nikt się nie mógł połapać co jest grane. Nawet całkiem elegancka kobieta stojąca prawie naprzeciwko mnie, patrzyła i nic.
Dojeżdżamy jeden przystanek dalej, do ulicy Kilińskiego. Agnieszka panicznie rzuca hasło: Dziewczyny wysiadamy! Kompletnie nie wiem co jej odbiło. Próbuję przecisnąć się przez tłum. Milczę. Nikogo nie przepraszam. Ale obciach! Wysiadłyśmy. Agnieszka mówi, że musimy wrócić się do Piotrkowskiej. Dziewczyny nie protestują. Ja nadal nie wiem o co tutaj chodzi. Idziemy. Staram się poruszać jak najbardziej kobieco, co przychodzi mi z trudem na nierównym chodniku i w dodatku w niezłym tłumie. Mam już tego dość! Co tej kretynce odbiło? Nie mogę ją o to zapytać. Prawie pędzimy. Już doszłyśmy do Piotrkowskiej, przechodzimy na drugą stronę skrzyżowania. Cała okolica wygląda jakby wszyscy mieszkańcy Łodzi wylegli nagle na ulice. Ludzi tłumy. Idziemy jeszcze kilka kroków. O nie, dziewczyny wchodzą do gabinetu kosmetycznego. Ja za nimi, przecież nie zostanę sama na ulicy. One jakby czekały na ten moment. Zanim zdążyłam się zorientować o co chodzi, było już za późno.
Agnieszka rozmówiła się z kosmetyczką, ja nie zdążyłam nawet ust otworzyć. Wylądowałam na fotelu. Obok stały dziewczyny. Teraz dopiero dotarło do mnie. Widziały na moich uszach delikatne blizny po kolczykach (efekt po Studniówce – swoją drogą kiedy i gdzie się zorientowały?). Postanowiły "zrobić mi przyjemność" i założyć kolczyki. Trwało to dosłownie kilka minut. I znów Iwona miała kolczyki. Widziałam jaką przyjemność sprawiłam dziewczynom. Stałam się dla nich jedną z nich. Ja też ochłonąwszy po tym zamieszaniu poczułam się lepiej i pewniej. W końcu w tamtych czasach faceci nie przekłuwali sobie uszu (jeżeli to tylko jedno, lewe), a ja miałam kolczyki – zupełnie jak kobieta.
Poszłyśmy na przystanek i wsiadłyśmy do 12. Jedziemy. Znów tłok. Obok mnie stoi teraz kobieta ok. 50-tki. Przygląda mi się uważnie. O, chyba coś jest nie tak. Iwona, zachowaj spokój. Wszystko będzie dobrze. Z pomocą przyszła Agnieszka. Zapytała o coś stojąca obok mnie kobietę. Nawiązały rozmowę. Nagle słyszę: "Panienki tak ślicznie dziś wyglądają, chyba na jakąś zabawę jadą". Jakby piorun we mnie strzelił. Pociemniało mi w oczach. "Ona ma mnie za dziewczynę" – przemknęło mi przez myśl. Delikatnie odwracam głowę w jej kierunku z lekkim uśmieszkiem w podzięce. Czuję tylko, że nie wiem dlaczego zaczynają mi dygotać łydki. "Iwona zachowaj spokój" – powtarzałam sobie ze sto razy. Nareszcie dojechałyśmy. Na osiedlu studenckim niezły tłum. A te wariatki zamiast iść prosto do akademika na imprezę idą pod estradę w największy tłum. O zgrozo! Tramwaj, to tramwaj. Co innego kilkaset młodych osób gęsto stojących obok siebie. I do tego ta koszmarna muzyka!
Wchodzimy w tłum. Nagle czuję jak jakaś łapa ląduje na moim tyłku. Aż zawrzało we mnie. Żeby nie ta ciasnota, palant dostałby w zęby i pokazał numer buta. Odwracam się dyskretnie. Obok mnie stoi bardzo przystojny, wysoki, dobrze zbudowany brunet i patrzy na mnie roziskrzonymi oczami. No nie! Tego już było za wiele! Zaczynam panikować. Jesteśmy w środku tłumu. Nie ma dokąd uciec. A ten facet zaczyna mnie delikatnie mówiąc "adorować". Stojąc za mną objął mnie ramionami. Zrobiło mi się gorąco. Myślę sobie, "co teraz będzie jak odkryje, że nie jestem tak do końca kobieta?"
Z opresji wybawiły mnie dziewczyny. Zauważyły co się święci. Szybki zwrot i wychodziłyśmy z tłumu. Ja mimowolnie spoglądam za siebie. I nagle żal i wielkie rozczarowanie. Mój adorator został w tłumie. A to dupek. A może nie odpowiadał mu zapach moich perfum?
Docieramy na imprezę. Konsternacja. Faceci zdębieli. Dziewczyny prawie w szoku. W chwilę potem otoczona zostałam przez ciasny krąg koleżanek. Chwaliły mój makijaż i strój. Zdziwienie natomiast wywołały kolczyki w moich uszach. Wtedy dopiero po raz pierwszy usłyszałam od jednej z koleżanek dość dziwne stwierdzenie: "ile to my kobiety musimy przecierpieć, żebyśmy wyglądały ładnie". Myślę sobie, że to jest swoiste motto.
Zabawa była dobra. Trochę w pokoju w akademiku, trochę odwiedzin u zaprzyjaźnionych znajomych i trochę dyskoteki. Miałam okazję poznać kilka nowych dziewczyn. To było bardzo dziwne. Lgnęły do mnie jak pszczoły do plastra miodu. Chyba z ciekawości. Po latach dopiero odkryłam, że facet z tak niecodziennym hobby jest nie tylko nie lada atrakcją na każdym przyjęciu, ale również w łóżku dziewczyny mają dodatkową podnietę (!).
Wszystko było dobrze. Z piątku na sobotę noc przebalowałyśmy. W sobotę wcześnie rano znów powrót do domu Agnieszki. Koszmar. W tramwaju prawie sam "element" powracający z libacji. Oczywiście nie mogło się obyć bez dotykania mojego tyłka. Jeden nawet w wyjątkowo chamski sposób złożył mi propozycję. Dziewczyny miały dziką radość. JA RACZEJ NIE !
Wreszcie dojechałyśmy. Po kolei wzięłyśmy prysznic i do łóżek spać. Potem pobudka o 14-tej. Ten sam rytuał co wczoraj. Tylko inny, delikatniejszy makijaż. Ubranko raczej normalne: bawełniana luźna bluzeczka (chyba nawet biała), dżinsowa spódniczka przed kolano, beżowe rajstopy, kurtka dżinsowa i wygodne czarne czółenka. Ale ulga po wczorajszym!
Stanęłam przed lustrem. Pełny odjazd. To było to. Do czarnulki taki strój idealnie pasował. Kilka dodatków i gotowe. Czułam się wyśmienicie. Kto próbował, ten wie!
Wyszłyśmy na ulicę. Idziemy na przystanek. Ludzie absolutnie nie zwracają na mnie uwagi. Jaka ulga.
W tramwaju dość luźno, ludzie bardziej zrelaksowani niż wczoraj – no przecież muszą sobie popatrzeć na studentki! (Pamiętam, że było mi dość ciepło z wrażenia).
Dojechałyśmy.
Na dzisiaj nasza grupa studencka zorganizowała zamkniętą imprezę p.t. "Wybory Miss". (*) Były nagrody: I - samochód VW Golf (tyle, że resorówka), II - prawdziwy tygrys (mały czarny kotek) i III - .... coś tam jeszcze, jako nagroda pocieszenia.
Były przeróżne konkurencje: erotyczne rozbieranie (głównie pokazanie uda lub ramienia), szpagat, namiętny pocałunek z "Dziadkiem" (to taki koleś, ostatnia oferma na roku) i dużo innych.
Przed wyborami przygotowania. Wiadomo przebieranko, makijaż. Dziewczyny wystąpiły w różnych strojach, były m.in.: zakonnica, ladacznica, sierotka Marysia, dziewczyna w ciąży, tancerka z kabaretu, no i ja "gwiazda pożal się Boże". Dziewczyny wymyśliły, że mam odegrać panienkę z dobrego domu. Taką wiecie, w długiej i wąskiej do kostek spódnicy, bluzeczce zapiętej na ostatni guzik i przyciasnym sweterku. (Hetery! Złośnice!)
Wszystko było dobrze do momentu erotycznego rozbierania się. Jak to zrobić w takim stroju? Myśl dziewczyno, myśl! No i wymyśliłam. Udało mi się w rytm tańca odsłonić nawet prawie całe udo. Dzisiaj chyba bym tego nie zrobiła!
Dalej było już tylko gorzej. Zróbcie szpagat w wąskiej spódnicy! No to kiecka w górę, tyłek na wierzchu i szpagat. Wszyscy ryczeli ze śmiechu. Ale szpagat zrobiłam do samej ziemi. Oczywiście kolesie musieli mnie podnosić.
Potem (tfu! tfu!) ten pioruński pocałunek. Mógłby się chociaż koleś ogolić! No jakoś poszło (czego się nie robi dla dobrej zabawy).
Niestety nie dostałam nagrody. A szkoda. Mogli nagrodzić chociaż moją odwagę.
Po wyborach totalna impreza i powrót do domu Agnieszki. Tylko tym razem miałam strój z wyborów i buty na obcasie 8 czy 9 cm. Srodze cierpiałam. Całe szczęście, że Aga miała dużą nogę, chyba rozmiar 40 albo 41 (Aga! chwała ci za to, inaczej szła by sobie nieboraczka boso przez całe miasto).
Trzeciego dnia Juwenaliów (niedziela) pojechałyśmy już na całkowitym luzie. Ja miałam na sobie dżinsową spódniczkę przed kolana, beżowe rajstopy, białą bluzkę z krótkim rękawkiem i czółenka na płaskim obcasie (jaka ulga dla nóg).
Przejazd – zupełny luz. Imprezy coś cienkie. Słyszymy, w "Balbinie" (akademik filologii) jest niezły ubaw. Idziemy. Dziewczyny znały kogoś z polonistyki. Wchodzimy do pokoju, a tam kilka par. O, szok! Trochę więcej dziewczyn niż chłopaków. Mam chyba pietra. One wyglądają niesamowicie.
Ewa - brunetka 175 cm, bardzo szczupła i bardzo zgrabna. Gośka – 170 cm, blondynka o zielonych oczach. Wygląd intelektualistki. Druga Gośka – jakieś 180 cm, ciemny blond. No i ona. Ta niesamowita dziewczyna, ta która tego faceta (tą moją drugą połowę) później okręcała sobie wokół palca, robiła mu psikusy, napinała jego cierpliwość, aż zrobiła coś, poczym ten mój facet zamknął się na dwa tygodnie w domu, nic nie robił, nawet się nie ogolił (już myślałam, że sobie coś złego zrobi ze zgryzoty!).
Ona, czyli Dorota. Piękna, długowłosa, średni blond, włos lekko kręcony i rozwiany (zawsze jak rozwiany) z grzywką zakrywającą 1/3 twarzy. Oczy niebieskoszare – rzadko spotykany kolor. Twarz prawie nastolatki, aczkolwiek rysy dość poważne, dojrzałem kobiety. Wzrost jakieś 175 cm. Ciałko zgrabne, proporcjonalnej budowy. Chód modelki. Bestia!
We mnie jakby piorun strzelił! Skamieniałam. Ten widok mnie poraził! Ta moja druga połowa zapragnęła ją mieć! Tylko... Ooo! Przecież wyglądam jak kobieta! Dziś już nie pamiętam, jaka była moja dalsza reakcja. Pewnie gotowa byłam uciec stamtąd jak najdalej. Nie zdążyłam! Koleżanki zadbały o mnie i nim zdążyłam ochłonąć zostałam po kolei przedstawiona towarzystwu.
Milczałam. Oni mnie onieśmielali. Zwłaszcza Dorota. Ona od razu zorientowała się co jest grane i zaczęła się śmiać. To był już koniec! Musiało się coś załamać we mnie. Doprawdy opadłam z sił.
Było tam też trzech czy czterech studentów medycyny z Wojskowej Akademii Medycznej. Posadzono mnie natychmiast między nimi. Naprzeciwko siedziała ona, Dorota. Patrzyła wciąż na mnie, a w jej spojrzeniu widziałam smutek. Nie rozumiałam, dlaczego jest smutna. Potem się dowiedziałam.
Akcja się rozwinęła. Faceci udawali że jestem kobietą i ja próbowałam ją "parodiować". Jeden z nich zabrał mnie na dyskotekę. Ubaw, jak nie wiem co!!! Gdybym chciała opisać wszystko, co się zdarzyło tamtego dnia, musiała bym napisać dodatkowo kilka stron.
Najważniejsze, że w trakcie imprezy to Dorota pierwsza podeszła do mnie i rozpoczęła rozmowę.
Potem często odwiedzałam ją w akademiku. Zawsze były kwiaty, ciastka. Z czasem nasz związek rozwinął się i było naprawdę wspaniale. Byliśmy dość długo razem. Ona lubiła seks (Pamiętam, jak kiedyś bawiąc się w łóżku z kostką lodu nagle wylądowaliśmy oboje na podłodze – to było dla mnie zaskoczenie – ona lewitowała czy co?). Bardzo lubiła kochać się z facetem, kiedy był przebrany w damskie ciuszki. To ją dodatkowo podniecało.
Jej tajemniczy smutek polegał na tym, że większość facetów widziało w niej tak naprawdę tylko powłokę zewnętrzną. Ci wartościowi faceci byli nią onieśmieleni. Ze mną musiała się czuć dobrze. Ze mną mogła rozmawiać, spędzać wspólnie czas, nie musiała się niczego obawiać. To ona tak naprawdę decydowała w naszym związku (może kiedyś i tym napiszę).
I wyobraźcie sobie, po latach w 2001r. ta oferma, ten facet, ta moja druga połowa, załatwiając jakieś sprawy służbowe w sztabie w Łodzi (oczywiście wystrojony w mundur z mocno sfatygowanym bordowym naleśnikiem na głowie) spotyka ją przypadkowo. Chciał wsiąść do tramwaju, drzwi się otwierają i piękna kobieta zawadzając widocznie obcasem buta o stopień zwala się w jego objęcia. Poznał ją od razu.
"Niech Pani Dorotka uważa, bo sobie jeszcze nóżki połamie" – powiedział żartobliwie. Ona spojrzała – te iskry w oczach – oczywiście że też poznała. Paradowali sobie potem prawie przez pół Piotrkowskiej pod rękę, wzbudzając nie lada sensację: ona bardzo elegancka "business woman" a on "maczek prosto z poligonu". Przesiedzieli całe popołudnie w kawiarni "Hortex" pijąc kawę i wspominając przeszłość. I ten oferma nawet nie wykorzystał takiej okazji, żeby z Dorotą wznowić znajomość!
A ona? No cóż. Jak kiedyś. Prawie się nie zmieniła. Ubiera się tylko zdecydowanie kobieco. Nie tak jak dawniej dżinsy i styl sportowy. (A swoją drogą, ciekawe co się kryje w szafie takiej kobiety?)
No ale dość tego wracam do tematu.
Zabawa trwała do piątej rano w poniedziałek. Potem powrót tramwajem. W tramwaju jadą ludzie do fabryki na pierwszą zmianę. Dokładnie nas lustrują. Jest fajnie. Jestem całkowicie zrelaksowana. Zadowolona ze swojego występu. Wtem jedna z pań (życzliwa zołza) zwraca mi uwagę, że poleciało mi oczko z tyłu rajstop. SZOK ! Krew nagle uderzyła mi do głowy. Chyba się zarumieniłam na ładnie, dziewczęco umalowanej twarzy.
Taki był finał kolejnego oficjalnego występu Iwony. A to dopiero początki zabawy.
Opisane powyżej zdarzenia są autentyczne, jak i osoby w nim wymienione. Jedyna zmiana, to czas akcji "Wyborów Miss". Faktycznie odbyły się pół roku później. Zmianę dokonałam celowo ze względu na wyjątkowo nudny drugi dzień Juwenaliów; nic ciekawego się nie zdarzyło, no może z wyjątkiem kilku drobnych obciachów i wpadek oraz oczywiście narąbanych kolesiów. Myślę, że wybaczycie mi dokonaną "kompilację".
Ciąg dalszy moich przygód z młodości ... nastąpi.
IWONA