Re: Komu powiedziałyście?

101
MonikaCD pisze: 04 gru 2025, 1:04 Moim zdaniem najważniejsze to nie zachęcać, nie zniechęcać i nie oceniać takich decyzji. Każdy ma swoje życie i konsekwencje swoich decyzji.
Podpisuję się pod tym obiema rękami. Szkoda mi jednak Lilith, bo wdarła się na to forum tak nagle i była bardzo aktywna. A swoimi szybkimi postępami mogła być dla wielu z nas inspiracją. Potrafiła odstawić się mając 2-3 godz czasu. Mi się nieraz nie chce mino, że mam cały dzień. Miałam wrażenie, że bliżej jej do tranzycji niż do rezygnacji.
U mnie też się trochę pozmieniało. Wyautowałam się przed córką, z którą mieszkam, więc nie muszę ukrywać już swojej damskiej garderoby no i siebie. Ale przyznam, że na początku było mi jakoś głupio.

Re: Komu powiedziałyście?

102
Jako że mam więcej czasu mogę trochę więcej opowiedzieć. Niektórym jest to historia znana bo nie raz ją opowiadałam. Dla przybliżenie skali czasowej ma ponad 60 lat. Od zawsze ubierałam damskie ubrania praktycznie od przedszkola. Oczywiście robiłam to zawsze w skrytości. Kiedy miała około 17 lat zostałam zgarnięta z powodu nie pasującego stroju na komisariatu. Były drwiny i szykany. Moja matka musiała mnie jako że byłam nieletnia odebrać z komisariatu. Matula wysłała mnie o psychologa. Rozmowa z psycholożką trwałą około 30 minut. Pani psycholog nie odzywała się a ja mówiłam co czuje. Chciałam wiedzieć kim jestem, czy jestem zboczona. Jedyne co usłyszałam od specjalistki to zaleczenie by przyjść za trzy miesiące. Uznałam że jeżeli specjalistka nie ma pojęcia co się ze mną dzieje to znaczy że jedynym na świecie dziwolągiem. Nie szukałam więcej informacji przez następne 15 lat. W miedzy czasie ożeniłam się. Myślałam że to przejdzie jak zacznę żyć w związku. Wytrzymałam około 7 lat. Oczywiście to powróciło. Poza ładnym umieraniem odkryłam Internet i chaty. Podawałam się za kobietę tworząc alternatywną rzeczywistość na potrzeby mojej wirtualnej tożsamości. Wracam do sedna. Znalazłam chat dla osób transpłciowych o nazwie „Transpokoik”. Starym wyjadaczom może wydawać się nieprawdopodobne ale pierwszą osoba która do mnie przyjaźnie zagadała to była niejaka Mysza. Ona otworzyła mi oczy na to kim jestem. Tak jak wiele z nas, szukałam realnego kontaktu z osobami podobnymi do mnie. Nie było to łatwe praktycznie pierwsze realne kontakty towarzyskie nawiązałam dopiero po kilku latach. Zaczęłam realnie spotykać się z dziewczynami. Były to najczęściej spotkanie w kawiarni lub mini zloty w mieszkaniach. Musiałam się ukrywać bo moje żona o mnie nie wiedziała. Podczas takich małych zlotów zdarzył się że jedna z uczestniczek (genetyczna kobieta) z powodu braku transportu przez kilka godzin miała przyjemność porozmawiania u mnie w domu z moją żoną. Oczywiście z zachowaniem dyskrecji. Odprowadzając na pociąg znajomą ona popatrzała na mnie i powiedziała ważne słowa „-Powiedz żonie ona zrozumie”. Jeżeli to mówi kobieta o kobiecie to można spróbować. Po kilku miesiącach gdy syna nie było w domu udało mi się wydusić z siebie wyzwanie. Oczywiście była zszokowana ale zapytała czy to zmienia coś w naszym związku. Odparłem że nie. Poprosiła o czas do namysłu. Po pewnym czasie stwierdziła że jest to dla niej Ok. W zasadzie to wiedziała choć nie starała się tego nazwać. Widziała że jestem zawsze inna mało męska i jak powiedziała nawet myślała że jestem homoseksualny. Zawsze lubiła takiego mało męskiego faceta. A ja często starałam się grać macho. Idiotka ze mnie! Moja żona zapytała mnie na początku czy to coś zmienia. Teraz mogę z perspektywy lat że zmieniło ale na korzyć w naszym związku. Mogę powiedzieć że ma jej pełna akceptację. To może brzmieć jak bajka ale wiele osób nas zna i może to potwierdzić. Przez wiele lat wręcz prowokowałam wyznania o swojej transpłciowości. Nie spotkałam się ani razu z agresją czy odrzuceniem. Wiele razy prezentowałam się publicznie jako osoba transpłciowa. Od wielu lat pracuje w Stowarzyszeniu Tęczówka pomagając osoba transpłciową. Praktycznie by świadczyć tą pomoc przeorientowałam swoje życie zawodowe. Jeszcze na koniec mój ojciec nie żyje, matka wie o mnie, większość znajomych też wie. Mój przyjaciel jeszcze z czasów dzieciństwa gdy się dowiedział wręcz był wzruszony tym że powiedziałam.

Jak widać diabeł nie taki straszny.
„Bądź sobą, wszyscy inni są zajęci” (O. Wilde)
Pozdrawiam
Slivia Ertson

Re: Komu powiedziałyście?

103
Z mojego czytania różnych historii na różnych forach wynika, że powiedzenie partnerce może się skończyć tym, że zostaniecie dwiema koleżankami malujacymi sobie nawzajem paznokcie, natychmiastowym wyrzuceniem z domu i wszystkim pomiędzy. Jest tu chyba jak prawie wszędzie rozkład normalny, więc najczęściej można się spodziewać "rób tam sobie co chcesz bylebym nie widziała". To pewnie też troche zależy od stażu w związku, wieku partnerów i sytuacji rodzinnej. Anegdotyczne przykłady podawane przez wiele osób są ciekawe, pokazują że może być różnie, ale absolutnie nie można zakładać, że u siebie będzie tak samo, bo podejście partnerek wynika bardzo często z jakiś głęboko ukrytych przemyśleń, które ciężko odgadnąc przed ujawnieniem się i dlatego nie można nikomu nic doradzić.
"Ludzie będą się gapić, więc spraw, żeby było warto."

Re: Komu powiedziałyście?

104
MonikaCD pisze: 04 gru 2025, 21:50 Z mojego czytania różnych historii na różnych forach wynika, że powiedzenie partnerce może się skończyć tym, że zostaniecie dwiema koleżankami malujacymi sobie nawzajem paznokcie, natychmiastowym wyrzuceniem z domu i wszystkim pomiędzy. [...]
Oczywiście, że tak jest, oczywiście że nigdy nie wiadomo jaka będzie reakcja.

Natomiast zastanawiam się dlaczego ludzie decydują się na to, by trwać w związkach w których reakcja była bardzo negatywna. Osobiście nie wyobrażam sobie życia u boku osoby która wymagałaby ode mnie wyzbycia się części siebie, żeby nie powiedzieć: udawania kogoś, kim nie jestem. Nie wyobrażam sobie trwania przy osobie która by mnie szantażowała, a dosłownie takie historie czasami czytam. Na anglojęzycznym Reddicie regularnie widzę historie crossek i transek piszących rzeczy w stylu "żona zagroziła że jeśli z tym nie skończę to zabiera dzieci i więcej ich nie zobaczę, żyję w transfobicznym kraju więc ewentualny sąd na pewno stanie po jej stronie" albo "żona robi awanturę jak tylko znajdzie jakieś damskie ciuchy, nie stać mnie na rozwód ani na wyprowadzkę, a rodziców też mam transfobicznych". Jasne, to nie są łatwe decyzje, kiedy jest się zakładnikiem w sprawie o możliwość kontaktu z własnymi dziećmi. Ale... życie w takich warunkach musi być piekłem.

I już nawet nie chodzi o to że ktoś może jednak będzie w stanie przestać (to w nawiązaniu do hipotezy Moniki o tym że ktoś mógłby napisać "rzeczywiście nie wróciło i jestem jednak normalny"). Nawet gdyby tak miało się stać, to samo poczucie że moim współmałżonkiem jest ktoś kto nie szanuje mojej tożsamości, jest gotowy kontrolować, czy wręcz szantażem wymuszać na mnie określone zachowania... to musi być okropne uczucie. Nie wyobrażam sobie życia w takich warunkach. A kiedy to jeszcze połączyć z myślą, że sądy z uwagi na temat transpłciowości mogłyby uznać moją winę (a całkowicie wierzę że może się tak zdarzyć, i że są kraje w których takie prawdopodobieństwo jest jeszcze dużo większe niż w Polsce) - to brzmi jak recepta na ciężką depresję albo inne zaburzenie psychiczne.

Dlatego naprawdę nie rozumiem osób które często w dużo mniej dramatycznych - ale jednak nieakceptujących - sytuacjach, wybierają "poświęcenie dla rodziny". Nie krytykuję, ale nie rozumiem. To wydaje się rozsądne na pierwszy rzut oka, ale przy bliższym spojrzeniu brzmi jak piekło przez resztę życia dla obydwu stron związku, i pewna trauma u ewentualnych dzieci.

Re: Komu powiedziałyście?

105
Ania K pisze: 05 gru 2025, 2:52 Natomiast zastanawiam się dlaczego ludzie decydują się na to, by trwać w związkach w których reakcja była bardzo negatywna.
Przede wszystkim ze względu na dzieci (trudniej to zrozumieć, nie mając dzieci, więc musisz przyjąć, że tak po prostu jest).
Rzadziej ze względu na niechęć/strach przed zmianami, potencjalną samotność, nadzieję, że się poprawi (i to się akurat czasami zdarza) i inne tego typu. Powody finansowe są też oczywiście, jak piszą - utrzymanie jednego gospodarstwa domowego na dwie osoby jest tańsze na łebka nie mieszkanie samotnie, a to mogłoby się na zachodzie wiąząć z wyprowadzeniem do np. dużo tańszej i gorszej dzielnicy, a tam to potrafi robić dużą różnicę i dużo bardziej obniżyć poziom życia niż niezadowolona żona.
"Ludzie będą się gapić, więc spraw, żeby było warto."

Re: Komu powiedziałyście?

106
MonikaCD pisze: 05 gru 2025, 11:44 Przede wszystkim ze względu na dzieci (trudniej to zrozumieć, nie mając dzieci, więc musisz przyjąć, że tak po prostu jest).
W jakimś stopniu rozumiem taką argumentację.

Tyle że takim dzieciom też się przecież funduje w ten sposób traumę. Dzieci obserwując rodziców żyjących w takim układzie uczą się (świadomie lub podświadomie), że życie polega na cierpieniu, że związki polegają na tym że ludzie sobie nie ufają, że normalne jest oczekiwanie poświęcenia i rezygnacji z własnej tożsamości. I potem nie dość że same są nieszczęśliwe, to jeszcze powielają takie toksyczne wzorce w kolejnym pokoleniu. Sama jestem przykładem, wiele lat zajęło mi zrozumienie jak wiele szkodliwych schematów myślenia wyniosłam z domu rodzinnego, choć tam akurat nie chodziło o crossdressing/transpłciowość.

Re: Komu powiedziałyście?

107
To wszystko teoria. Najbardziej wyrozumiały i otwarty partner pada na łopatki w obliczu takiego coming outu. Teksty w stylu "u przyjaciela bym zaakceptowała, ale nie u Ciebie", "20 lat ze sobą i to wszystko teraz spalasz", "nawet jak się nic nie zmienisz to po czymś takim nie mogę na ciebie patrzeć", "dzieci się będą wstydziły" itp. każdego mogą "skłonić" do powrócenia do szafy. Któż w końcu wybierze nowe życie ponad dekadę jako-tako dostatniego życia z duszeniem samego siebie. No?

Re: Komu powiedziałyście?

108
wh1zz pisze: 05 gru 2025, 12:24 "nawet jak się nic nie zmienisz to po czymś takim nie mogę na ciebie patrzeć"
Jeśli ktoś rzuca takim tekstem to tym bardziej brzmi jak argument żeby natychmiast zakończyć taki związek. Bo jeżeli ktoś ani nie akceptuje mnie jako taką osobę jaką jestem, ani nawet nie daje nadziei na powrót do tego co było, to... jaki to ma sens? Po takim stwierdzeniu przecież już wiadomo że jedyny kierunek w którym to będzie iść, to w dół.

I żeby nie było, ja wiem, że teoria swoje, a praktyka swoje. Ja wiem że rachunek zalet i wad wygląda inaczej kiedy dochodzą emocje. I jeszcze raz podkreślam, że absolutnie nie jest moim celem krytykowanie osób które podjęły takie czy inne decyzje - każdy ma swoją prawdę i każdemu życzę powodzenia na takiej drodze jaką obiera 🤗 I wiem też że to co piszę brzmi chłodno i nieczule, jakbym była zimną suką gotową odejść od dowolnej osoby z błahego powodu. Nie, nie sądzę... myślę że gdyby taka sytuacja naprawdę mnie spotkała to niemal na pewno moją reakcją nie byłoby odwrócenie się na pięcie bez emocji. Pewnie też skończyłoby się na przepłakanych nocach, negocjacjach, wypłakiwaniu się przyjaciołom, próbach szukania kompromisu i... nie wiadomo jak by się to skończyło. Wiem że tak wygląda prawdziwe życie z prawdziwymi emocjami.

Ale po to mamy takie forum żeby porozmawiać też o teorii 😉 A teoria, w mojej przynajmniej ocenie, jest taka że jeśli ktoś nie tylko nie zaakceptuje mnie taką jaką jestem, ale wręcz zacznie stawiać ultimata, stosować szantaż emocjonalny czy wręcz dosłowny... to sorry, ale taki związek jest nie do uratowania, trwanie w nim będzie tylko cierpieniem dla wszystkich zaangażowanych stron, z ewentualnymi dziećmi włącznie. Pamiętam że ktoś kiedyś na forum w podobnym wątku pisał rzeczy w stylu "nigdy nie rzuca się rodziny dla paru szmat, każdy kto twierdzi inaczej jest niedojrzały". No więc przedstawiam alternatywną perspektywę. Myślę że warto żeby tzw. "potomni" mogli też przeczytać takie opinie jak moja. Bo moim zdaniem właśnie podtrzymywanie narracji że "rodzina zawsze i wszędzie jest najważniejsza" jest niedojrzałe; jest powielaniem społecznej traumy, idealizowaniem poświęcenia, często bezsensownego. Czasem naprawdę najlepsze co można zrobić dla związku to go zakończyć. Może nie pod wpływem chwili - pewnie warto dać szansę np. na terapii dla par jeśli obie strony są na takową otwarte. Ale trwanie za wszelką cenę to też zwykle zły pomysł, moim przynajmniej zdaniem.

Re: Komu powiedziałyście?

109
Ania K pisze: 05 gru 2025, 12:10 Tyle że takim dzieciom też się przecież funduje w ten sposób traumę.
Co gorsze dla dzieci? Nieufający sobie rodzice czy rodzice żyjący oddzielnie? Nie próbuj odpowiedzieć na to pytanie, bo na nie nie ma prostej odpowiedzi.
Przy rozstaniu można założyć, że kontakt z dziećmi będzie co najmniej utrudniony - skoro kobieta chce się z mężczyzną rozstać, to prawie na pewno będzie chciała, żeby dzieci również nie miały z nim kontaktu, więc on może być postawionym przed wyborem: dzieci lub brak dzieci, a tu już łatwiej na to pytanie odpowiedzieć.
"Ludzie będą się gapić, więc spraw, żeby było warto."

Re: Komu powiedziałyście?

110
MonikaCD pisze: 05 gru 2025, 13:00 skoro kobieta chce się z mężczyzną rozstać, to prawie na pewno będzie chciała, żeby dzieci również nie miały z nim kontaktu, więc on może być postawionym przed wyborem: dzieci lub brak dzieci, a tu już łatwiej na to pytanie odpowiedzieć.
W teorii o prawo do kontaktu z dziećmi można walczyć przed sądem.

W praktyce wiadomo, że bywa różnie, zwłaszcza w obliczu wizji wyciągania na rozprawie transowych brudów. I nie od dziś wiadomo że nawet bez takich argumentów sądy mają tendencję do faworyzowania matek.

Ale to już problem na oddzielną dyskusję i oddzielne rozwiązania...

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość