Zachęcona polecajką bydgoskiego „Rokoko”, udałam się tam po zakup peruki. Wchodzi łysiejący chłop pod czterdziestkę i prosi o damską perukę dla siebie. Sekunda dezorientacji na twarzy ekspedientki, ale po chwili już wybierała peruki, które mogłyby pasować.
– Dzień dobry, chciałbym kupić zestaw do makijażu.
– Ale co dokładnie?
– Wszystko, co potrzebne. Dla siebie, chciałem się nauczyć makijażu.
– Dla pana? – niedowierzanie w głosie.
– Tak, dla mnie.
– To co by pan chciał?
– Podkład, korektor... – Nosz kurde, już sobie myślę, że będzie ciężko, jakoś pani nie zwęszyła interesu...
– Dobrze, to proszę usiąść, zaraz dopasuję.
I w ten sposób udało mi się osiągnąć główny cel misji – mam podkład dopasowany do mojego koloru cery! Ale praktycznie do końca musiałam prosić o kolejne elementy zestawu: pomadkę, pędzelki, puder... W sumie wyszło jakieś 500 złotych. Dopiero na koniec ekspedientka się rozluźniła. Zażartowała, że początki makijażu są trudne, ale teraz zajmuje jej to 15 minut, i podała mi wizytówkę, jakbym chciała lekcje.
Na koniec patrzę – Primark w tej galerii ma wspólną przymierzalnię dla wszystkich działów! Wpadam w szał zakupowy i wrzucam do koszyka topy, spódnice, staniki, nawet płaszcz. Idę do przymierzalni, a tam przeliczanie sztuk odzieży i wydawanie numerków... Niech to dunder świśnie! Odwrót na pięcie i odłożenie wszystkiego na miejsce. Już nie lubię Primarka.
Dzień drugi – wyjście
Rano nakładam tipsy, makijaż, peru... kurde, w tym zamieszaniu w „Rokoko” pani zapomniała dać mi skarpetkę na głowę. :/ Na szczęście mam jakąś mizerną, która przyszła kiedyś z peruką z Allegro. Uff... Teraz pora się ubrać. Wybór pada na czarne spodnie, czarny top i bluzę. W última chwili przypominam sobie o dodatkach i zakładam naszyjnik. Pora na spakowanie torebki – klej do tipsów, puder, lusterko, żeby się przejrzeć. Dochodzi godzina 13, ja gotowa do wyjścia.
I teraz zaczyna się najtrudniejsze. Mieszkam w szeregowcu. Aby wyjechać, muszę otworzyć bramę. Ręcznie. A potem jeszcze ją zamknąć za sobą. A na dokładkę sąsiedzi ocieplają właśnie swoją część.
Otwieram drzwi i robię szybki kurs, żeby wrzucić graty do bagażnika. Przy okazji szybki look – sąsiadów brak na widoku. No to teraz ciut pewniej. Wychodzę, zamykam drzwi za sobą, ale cały czas trzymam klucz w ręku na wypadek szybkiego odwrotu. Otwieram auto, wrzucam torebkę na siedzenie pasażera i pewnym, acz spokojnym krokiem idę otworzyć bramę. GRRRLLLRR! Poszło echem, mimo że miałam wrażenie, jakby to było najcichsze otwarcie bramy ever. Szybko do auta, wyjeżdżam, ufff... pusto. GRRRLLLRR! Poszło ponownie echem. Kontrola – sąsiadów brak, robotnicy robotnikują. Jak najszybciej ruszam do wyjazdu.
Czekam na możliwość włączenia się do ruchu... a za mną sąsiad się ustawia. Kurde! Panika na maksa, ale udało się ruszyć. Tylko dokąd? Otóż za cel obrałam sobie cmentarz. Miejsce publiczne, a w razie problemów zawsze można skręcić między groby.
Na cmentarzu okazało się być luźniej, niż sądziłam. Ale za to zrobiło się dużo goręcej, niż się spodziewałam, i musiałam zdjąć bluzę. Cisza, spokój, aż mi ustąpił strach. Maszeruję sobie spokojnie alejką, aż tu nagle zauważam na skrzyżowaniu dwie panie idące z boku, raptem parę metrów ode mnie. Za późno na schowanie się! No nic, idę dalej, ale za skrzyżowaniem znikam od razu wśród grobów. Obserwuję, jak panie doszły do skrzyżowania, zatrzymały się i patrzą w alejkę, w którą poszłam. No cóż, czyli nie wtapiam się w tłum...
Następnym punktem wycieczki stał się las, gdzie mogłam spokojnie nagrać parę filmików i użyć selfie sticka po raz pierwszy.
Ostatnim punktem programu miało być zatankowanie auta na stacji samoobsługowej. Jednak wychodzi na to, że w mojej miejscowości są dwie takie stacje. Jedna, gdzie regularnie tankuję, ale w dzień jest tam budka z pracownikiem, a druga to stacja MZK. No cóż, to jadę na MZK. Zajeżdżam jakoś przed 17 (wow, to już minęły 4 godziny!), a tam akurat autobusy tankują. No cóż, chyba sobie odpuszczę kontakt z ludźmi.
Zajeżdżam, wygląda bezpiecznie. Otwieram bramę (GRRRLLLRR!), parkuję. Wysiadam i widzę sąsiadkę w ogrodzie. O kurwa! Na szczęście kuca tyłem. Wszystko zostawiam i uciekam do domu, zanim się odwróci. Ufffff, zdążyłam, udało się. Teraz, gdy to piszę parę godzin później, brama jest dalej otwarta.