Ania K pisze: 12 gru 2025, 3:09
Mam jeszcze takie przemyślenie w temacie.
Wydaje mi się że przynajmniej część transfobii i nieprzychylnego nastawienia jakie spotyka transowe środowisko ze strony opinii publicznej, wynika właśnie z rozbieżności terminologii.
Stawiam hipotezę, że przeciętny "prawak" kiedy słyszy "transpłciowość", myśli "transseksualizm" w rozumieniu ICD-10. Kiedy słyszy "transpłciowe dzieci", myśli o podawaniu dzieciom hormonów i operowaniu im genitaliów. Bo przecież na tym polega "transseksualizm", prawda? Jednocześnie prawdopodobnie uznaje definicje z ICD za "słuszniejsze" niż to co mówią same osoby trans, bo przecież to pisali naukowcy którzy się znają, a poza tym patrzą na sprawę z boku, więc są bardziej obiektywni niż środowisko, sama o sobie przecież mogę cokolwiek powiedzieć, tylko ktoś "bezstronny" jest wiarygodny, prawda?
Nie piszę tego żeby bronić tego archaicznego modelu pojmowania transpłciowości, a raczej żeby zwrócić uwagę na problem pewnej... hm... "pychy" w środowisku.
I oczywiście trudno odmówić temu stwierdzeniu logiki i zasadności. Ale druga strona medalu jest taka że jeśli będziemy upierać się przy własnym modelu nawet kiedy odbiorca ewidentnie go nie rozumie, to jest ryzyko że zostaniemy właśnie zrozumiane tak jakbyśmy rzeczywiście chciały operować genitalia dzieciom z podstawówki, estrogen sprzedawać bez recepty w supermarketach i wpuszczać do damskiej toalety każdego z paragonem na takowy. I jasne, można stwierdzić że to problem odbiorcy że nie chce nas zrozumieć; że walczymy o prawo do życia na własnych zasadach, a nie o łaskę "akceptacji" obwarowanej milionem "ale". Tylko że jest nas na tyle mało, że trudno się łudzić że coś ugramy bez gotowości na jakieś ustępstwa, a ustępstwa w kwestii terminologii kosztują relatywnie niewiele. Przy czym niekoniecznie musi to oznaczać powrót do terminów z minionej epoki, ale może choćby taki dobór słów by nie wywoływać skojarzeń ze starszymi terminami o wyraźnie innym znaczeniu.
Nie wiem, może gadam głupoty. Takie przemyślenia po prostu.
Nie, nie gadasz głupot. To są wszystko bardzo celne spostrzeżenia. Musi minąć jakiś czas, zanim ludzie zaczną się oswajać z takim widzeniem transpłciowości, które zdjemuje z nas stygmaty, schematy i mity. I do tego czasu my musimy odnaleźć się pomiędzy zmierzającym ku temu edukowaniem społeczeństwa, a jego obecnym niezrozumieniem i maniem poglądów na nasz temat. Uważam, że jednym z największych błędów współczesnego aktywizmu, szczególnie polskiego, było i jest nadal mówienie do społeczeństwa językiem, którego ono kompletnie nie rozumie. I przyznam, że przez lata pracy, kiedy zaczęły do nas masowo napływać wzorce z zachodniego transakwtywizmu (w połączeniu z wzorcami dotyczącymi ogólnie aktywzimu na rzecz LGBT i praw człowieka), nie mogłam przebić się z prostym spostrzeżeniem, że jeżeli będziemy tak mówić do społeczeństwa, jak to przynajmniej w pewnym okresie robiliśmy, to ono nic z tego nie załapie. Po latach wychodzi, że miałam rację, ale tego zdaje się też nikt nie zauważył i część aktywistów nadal z rozkoszą brnie w aktywistyczny przeintelektualizowany bełkot z zagranicy, który nie uwzględnia polskiej rzeczywistości, którego nikit nie rozumie, a dodatkowo dla sporej części naszej polulacji (jeśli nie dla większość) jest on wręcz niestrawny. A tym samym przysparza nam więcej wrogów niż sprzymierzeńców.
Do wielu transaktywistów nie dociera ten prosty fakt, który zauważyłaś, Aniu, że jest nas zbyt mało, byśmy jako grupa mogli stanowić sami o sobie i o naszych prawach. Nasze postulaty nie przebiją się ot, tak. Potrzebujemy sojuszników, bo bez nich nie damy rady. A bywa, że często sami ich zniechęcamy.
To prawda, że terminologia to obszar, w którym stosunkowo najłatwiej o ustępstwa, ale też obszar, w którym stosunkowo najłatwiej o zmiany. Jeżeli przestaną takiej terminologii używać lekarze, psycholodzy, dziennikarze, to ten przekaz idzie w społeczeństwo i gdzieś z czasem te stare terminy się zagubią, pozwalając na wzrost ogólnej świadomości społecznej co do zjawiska transpłciowości. No ale do tego, byśmy mogli do świata zewnetrznego wyjść z w miarę spójną narracją, najpierw sami musimy ją przyjać we własnym gronie. Ja mam takie spostrzeżenie po 20 latach pracy aktywistycznej, że spora część społeczności trans w ogóle nie rozumie, o czym mówi. Wiele z tych osób nie dokonało nawet pracy ze sobą samym, umiejscawiając się tylko gdzieś tam w szeroko rozumianej transspołeczności, ale nawet bez wiedzy i refleksji, kim są. Tymczasem przynajmniej części z nich to zrozumienie i wiedza są nieodzowne, bo inaczej ich życia będą pełne cierpienia i rosnącej na tym tle frustracji, która będzie znajdowała ujście gdzie indziej. Niektórych pchnie to do przedwczesnego zakończenia życia - nie, to nie czarnowidztwo, tylko statystyka.
To jest generalnie temat rzeka, a ilekroć wejdziemy w niego do kostek, to zaraz zaczynamy brnąć po kolana, po pas, aż skończymy, ledwie łapiąc oddech, bo woda zacznie nam zalewać twarz
