Re: trans, okiem fachowca

31
Ania K pisze: 08 gru 2025, 17:01 Mimo wszystko przypominam też, że w czasach, kiedy tematy z zakresu transpłciowości zaczęły się pojawiać w literaturze medycznej, w wielu krajach dzisiejszego "liberalnego Zachodu" nadal karano homoseksualność śmiercią, a crossdressing traktowano jako coś równie gorszącego jak chodzenie po ulicy nago.

W tamtej rzeczywistości, klasyfikacja która potraktowała tę tematykę jako choroby psychiczne i zaproponowała tranzycję jako formę "leczenia", była progresywna.

Czy jednocześnie zahamowała rozwój społecznej akceptacji dla osób takich jak my na kolejne dziesięciolecia? Oczywiście. Ale nie przypisywałabym autorom tych podręczników złych zamiarów. To po prostu produkt swoich czasów i dużej bezwładności jeśli chodzi o zmiany konsensusu w środowiskach medycznych.
Dla wyjaśnienia: to właściwie nie są podręczniki w sensie do nauki z nich. ICD to międzynarodowa klasyfikacja chorób i dolegliwości, a DSM to klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego (w zasadzie w Polsce nie obowiązująca, ale chętnie wykorzystywana przez psychologów).

Oczywiście, że lepiej, że to zostało kiedyś tam wpisane do klasyfikacji, niż miałoby być wciąż poza i traktowane by było jako wyraz zboczeń lub opętania. Tyle że to też ma swoje dwie strony: poza tą pozytywną stygmatyzuje nas też jako osoby chore psychicznie. A był przecież nawet czas, że tzw. true transy (czyli osoby radykalnie "transseksualne") chętnie wykorzystywały ten argument w doniesieniu do wszystkich pozostałych, mówiąc, że one są te pokrzywdzone przez los, chore, którym się należy opieka, a reszta - czyli ci, których true transy uważały za nie dość trans - to najnoralniejsi na świecie i freaki.

Swoją drogą, jaka będzie przyszłoś, to też nie wiadomo, bo w ICD-11 znajdziemy się w grupie zaburzeń seksualnych, więc nie zdziwiłabym sie, gdyby powróciło do nas odium zboczenia.
Make make-up not war

Re: trans, okiem fachowca

32
Oczywiście, to wszystko prawda, dlatego też napisałam, że mimo iż te kryteria były jak na swoje czasy progresywne, to zahamowały rozwój w zakresie akceptacji.

Inna sprawa, że stygmatyzowanie osób chorych, w szczególności chorych psychicznie, to problem daleko wykraczający poza tematykę transpłciowości. jasne że wolałybyśmy nie być traktowane jako osoby chore psychicznie, ale... stawiam tezę że nie bolałoby to nas tak bardzo, gdyby nie wiązało się ze stygmatyzacją. A stygmatyzacja dotyka też niestety osoby z zupełnie innymi diagnozami. Osoba z np. depresją czy ChADem też na pewno miałaby dużo lepsze rokowania gdyby diagnoza rzeczywiście oznaczała wsparcie i pomoc, a nie komunikaty typu "lecz się" 💀

Na szczęście w tym zakresie widać zmiany na lepsze. Miejmy nadzieję że i nasze podwórko na tym zyska.

Re: trans, okiem fachowca

33
Ania K pisze: 08 gru 2025, 17:30 Oczywiście, to wszystko prawda, dlatego też napisałam, że mimo iż te kryteria były jak na swoje czasy progresywne, to zahamowały rozwój w zakresie akceptacji.

Inna sprawa, że stygmatyzowanie osób chorych, w szczególności chorych psychicznie, to problem daleko wykraczający poza tematykę transpłciowości. jasne że wolałybyśmy nie być traktowane jako osoby chore psychicznie, ale... stawiam tezę że nie bolałoby to nas tak bardzo, gdyby nie wiązało się ze stygmatyzacją. A stygmatyzacja dotyka też niestety osoby z zupełnie innymi diagnozami. Osoba z np. depresją czy ChADem też na pewno miałaby dużo lepsze rokowania gdyby diagnoza rzeczywiście oznaczała wsparcie i pomoc, a nie komunikaty typu "lecz się" 💀

Na szczęście w tym zakresie widać zmiany na lepsze. Miejmy nadzieję że i nasze podwórko na tym zyska.
No trudno się z tym nie zgodzić. Stygmatyzacja z powodu różnych schorzeń i dolegliwości (nie tylko psychicznych) to temat rzeka ;)
Make make-up not war

Re: trans, okiem fachowca

34
Tak w temacie praktyk diagnostycznych w psychiatrii w kontekście kulturowym, polecam poniższy wideoesej 🤗 (i kanał pani autorki ogólnie też) Z góry zaznaczam że nie ma w nim nic o transpłciowości, ale po prostu jest ciekawy skoro już poruszyłyśmy temat - a część przemyśleń pasuje również do kwestii tego jak nas widzą w podręcznikach diagnostycznych.



PS Odnosząc się do jednej z poprzednich wiadomości Edyty - słowa "podręcznik" w tym i poprzednich postach użyłam w znaczeniu takim, jak w tytule DSM - Diagnostic and Statistical Manual. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego że ICD i DSM nie są podręcznikami w znaczeniu "książka do nauki", ale są nimi w znaczeniu bycia niejako instrukcją postępowania dla specjalistów.

Re: trans, okiem fachowca

35
Ania K pisze: 09 gru 2025, 14:09 PS Odnosząc się do jednej z poprzednich wiadomości Edyty - słowa "podręcznik" w tym i poprzednich postach użyłam w znaczeniu takim, jak w tytule DSM - Diagnostic and Statistical Manual. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego że ICD i DSM nie są podręcznikami w znaczeniu "książka do nauki", ale są nimi w znaczeniu bycia niejako instrukcją postępowania dla specjalistów.
No tak. Z tym nie można się nie zgodzić. Nie jestem specjalistką od angielskiego, a raczej od polskiego, ale na tyle, na ile się znam na rzeczy, to mogę stwierdzić, że angielski manual ma szerszy zakres znaczeniowy niż polski podręcznik. No i niewątpliwie jednym ze znaczeń manuala będzie podręcznik ;)
Make make-up not war

Re: trans, okiem fachowca

36
Mam jeszcze takie przemyślenie w temacie.

Wydaje mi się że przynajmniej część transfobii i nieprzychylnego nastawienia jakie spotyka transowe środowisko ze strony opinii publicznej, wynika właśnie z rozbieżności terminologii.

Stawiam hipotezę, że przeciętny "prawak" kiedy słyszy "transpłciowość", myśli "transseksualizm" w rozumieniu ICD-10. Kiedy słyszy "transpłciowe dzieci", myśli o podawaniu dzieciom hormonów i operowaniu im genitaliów. Bo przecież na tym polega "transseksualizm", prawda? Jednocześnie prawdopodobnie uznaje definicje z ICD za "słuszniejsze" niż to co mówią same osoby trans, bo przecież to pisali naukowcy którzy się znają, a poza tym patrzą na sprawę z boku, więc są bardziej obiektywni niż środowisko, sama o sobie przecież mogę cokolwiek powiedzieć, tylko ktoś "bezstronny" jest wiarygodny, prawda?

Nie piszę tego żeby bronić tego archaicznego modelu pojmowania transpłciowości, a raczej żeby zwrócić uwagę na problem pewnej... hm... "pychy" w środowisku. Edyta pisała kilka postów wyżej że:
edyta pisze: 08 gru 2025, 17:03 nawet uznawanie, że w języku formalnym medycznym i prawnym to wszystko jest dopuszczalne, jest pewna pułapka: jeżeli bowiem chcemy, by traktowano nas podmiotowo, a nie przedmiotowo, to należałoby zrobić jak najszybciej i wszystko, by ta terminologia odeszła do słusznie minionej historii. Zgadzając się na nią i samemu z lubością wpychając się w te ramy, osiągamy efekt wprost przeciwny ;)
I oczywiście trudno odmówić temu stwierdzeniu logiki i zasadności. Ale druga strona medalu jest taka że jeśli będziemy upierać się przy własnym modelu nawet kiedy odbiorca ewidentnie go nie rozumie, to jest ryzyko że zostaniemy właśnie zrozumiane tak jakbyśmy rzeczywiście chciały operować genitalia dzieciom z podstawówki, estrogen sprzedawać bez recepty w supermarketach i wpuszczać do damskiej toalety każdego z paragonem na takowy. I jasne, można stwierdzić że to problem odbiorcy że nie chce nas zrozumieć; że walczymy o prawo do życia na własnych zasadach, a nie o łaskę "akceptacji" obwarowanej milionem "ale". Tylko że jest nas na tyle mało, że trudno się łudzić że coś ugramy bez gotowości na jakieś ustępstwa, a ustępstwa w kwestii terminologii kosztują relatywnie niewiele. Przy czym niekoniecznie musi to oznaczać powrót do terminów z minionej epoki, ale może choćby taki dobór słów by nie wywoływać skojarzeń ze starszymi terminami o wyraźnie innym znaczeniu.

Nie wiem, może gadam głupoty. Takie przemyślenia po prostu.

Re: trans, okiem fachowca

37
Ania K pisze: 12 gru 2025, 3:09 Mam jeszcze takie przemyślenie w temacie.

Wydaje mi się że przynajmniej część transfobii i nieprzychylnego nastawienia jakie spotyka transowe środowisko ze strony opinii publicznej, wynika właśnie z rozbieżności terminologii.

Stawiam hipotezę, że przeciętny "prawak" kiedy słyszy "transpłciowość", myśli "transseksualizm" w rozumieniu ICD-10. Kiedy słyszy "transpłciowe dzieci", myśli o podawaniu dzieciom hormonów i operowaniu im genitaliów. Bo przecież na tym polega "transseksualizm", prawda? Jednocześnie prawdopodobnie uznaje definicje z ICD za "słuszniejsze" niż to co mówią same osoby trans, bo przecież to pisali naukowcy którzy się znają, a poza tym patrzą na sprawę z boku, więc są bardziej obiektywni niż środowisko, sama o sobie przecież mogę cokolwiek powiedzieć, tylko ktoś "bezstronny" jest wiarygodny, prawda?

Nie piszę tego żeby bronić tego archaicznego modelu pojmowania transpłciowości, a raczej żeby zwrócić uwagę na problem pewnej... hm... "pychy" w środowisku.

I oczywiście trudno odmówić temu stwierdzeniu logiki i zasadności. Ale druga strona medalu jest taka że jeśli będziemy upierać się przy własnym modelu nawet kiedy odbiorca ewidentnie go nie rozumie, to jest ryzyko że zostaniemy właśnie zrozumiane tak jakbyśmy rzeczywiście chciały operować genitalia dzieciom z podstawówki, estrogen sprzedawać bez recepty w supermarketach i wpuszczać do damskiej toalety każdego z paragonem na takowy. I jasne, można stwierdzić że to problem odbiorcy że nie chce nas zrozumieć; że walczymy o prawo do życia na własnych zasadach, a nie o łaskę "akceptacji" obwarowanej milionem "ale". Tylko że jest nas na tyle mało, że trudno się łudzić że coś ugramy bez gotowości na jakieś ustępstwa, a ustępstwa w kwestii terminologii kosztują relatywnie niewiele. Przy czym niekoniecznie musi to oznaczać powrót do terminów z minionej epoki, ale może choćby taki dobór słów by nie wywoływać skojarzeń ze starszymi terminami o wyraźnie innym znaczeniu.

Nie wiem, może gadam głupoty. Takie przemyślenia po prostu.
Nie, nie gadasz głupot. To są wszystko bardzo celne spostrzeżenia. Musi minąć jakiś czas, zanim ludzie zaczną się oswajać z takim widzeniem transpłciowości, które zdjemuje z nas stygmaty, schematy i mity. I do tego czasu my musimy odnaleźć się pomiędzy zmierzającym ku temu edukowaniem społeczeństwa, a jego obecnym niezrozumieniem i maniem poglądów na nasz temat. Uważam, że jednym z największych błędów współczesnego aktywizmu, szczególnie polskiego, było i jest nadal mówienie do społeczeństwa językiem, którego ono kompletnie nie rozumie. I przyznam, że przez lata pracy, kiedy zaczęły do nas masowo napływać wzorce z zachodniego transakwtywizmu (w połączeniu z wzorcami dotyczącymi ogólnie aktywzimu na rzecz LGBT i praw człowieka), nie mogłam przebić się z prostym spostrzeżeniem, że jeżeli będziemy tak mówić do społeczeństwa, jak to przynajmniej w pewnym okresie robiliśmy, to ono nic z tego nie załapie. Po latach wychodzi, że miałam rację, ale tego zdaje się też nikt nie zauważył i część aktywistów nadal z rozkoszą brnie w aktywistyczny przeintelektualizowany bełkot z zagranicy, który nie uwzględnia polskiej rzeczywistości, którego nikit nie rozumie, a dodatkowo dla sporej części naszej polulacji (jeśli nie dla większość) jest on wręcz niestrawny. A tym samym przysparza nam więcej wrogów niż sprzymierzeńców.

Do wielu transaktywistów nie dociera ten prosty fakt, który zauważyłaś, Aniu, że jest nas zbyt mało, byśmy jako grupa mogli stanowić sami o sobie i o naszych prawach. Nasze postulaty nie przebiją się ot, tak. Potrzebujemy sojuszników, bo bez nich nie damy rady. A bywa, że często sami ich zniechęcamy.

To prawda, że terminologia to obszar, w którym stosunkowo najłatwiej o ustępstwa, ale też obszar, w którym stosunkowo najłatwiej o zmiany. Jeżeli przestaną takiej terminologii używać lekarze, psycholodzy, dziennikarze, to ten przekaz idzie w społeczeństwo i gdzieś z czasem te stare terminy się zagubią, pozwalając na wzrost ogólnej świadomości społecznej co do zjawiska transpłciowości. No ale do tego, byśmy mogli do świata zewnetrznego wyjść z w miarę spójną narracją, najpierw sami musimy ją przyjać we własnym gronie. Ja mam takie spostrzeżenie po 20 latach pracy aktywistycznej, że spora część społeczności trans w ogóle nie rozumie, o czym mówi. Wiele z tych osób nie dokonało nawet pracy ze sobą samym, umiejscawiając się tylko gdzieś tam w szeroko rozumianej transspołeczności, ale nawet bez wiedzy i refleksji, kim są. Tymczasem przynajmniej części z nich to zrozumienie i wiedza są nieodzowne, bo inaczej ich życia będą pełne cierpienia i rosnącej na tym tle frustracji, która będzie znajdowała ujście gdzie indziej. Niektórych pchnie to do przedwczesnego zakończenia życia - nie, to nie czarnowidztwo, tylko statystyka.

To jest generalnie temat rzeka, a ilekroć wejdziemy w niego do kostek, to zaraz zaczynamy brnąć po kolana, po pas, aż skończymy, ledwie łapiąc oddech, bo woda zacznie nam zalewać twarz ;)
Make make-up not war

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości