Wydaje mi się że ta wiedza jest wartościowa z punktu widzenia takiego trochę "poznaj swojego wroga"
Jeśli ktoś jest zainteresowany tranzycją medyczną (a przynajmniej oficjalną jej ścieżką) i/lub korektą płci metrykalnej, to prawdopodobnie na którymś etapie natknie się na swojej drodze na formalistów ściśle trzymających się kategorii diagnostycznych ICD i DSM jako jedynej słusznej wykładni. Z tej perspektywy wiedza o tym, co jest tam napisane, może się przydać, żeby wiedzieć jak rozłożyć akcenty przedstawiając swoją historię, czy wręcz co trochę "grać" w gabinecie endokrynologa czy sędziego/biegłego, by niczym na maturze "trafić w klucz" i zbliżyć się (lub przynajmniej nie oddalić) do oczekiwanego rozwoju sytuacji
Klasyfikacja stosowana w tych podręcznikach miała też niestety spory wpływ na opinię publiczną. Tzw. "zwykli ludzie", jeśli nie są zainteresowani tematem, mogą myśleć o nas kategoriami diagnostycznymi z ICD, bo taka wiedza gdzieś tam się być może przewinęła przez licealny podręcznik biologii albo jakiś pan w białym fartuchu kiedyś opowiadał o tym w telewizji. [EDIT: A przecież specjaliści z doktoratami są bardziej warci zaufania niż jakieś tam "chłopy w sukienkach" /s.] Czasem więcej sensu może mieć dostosowanie się do tych kategorii w rozmowie niż robienie wykładu o współczesnym pojmowaniu transpłciowości, lub obruszanie się o domniemaną transfobię (która często może być w istocie niewiedzą). Co prawda trudno mi w tym momencie wymyślić sytuacje w których mogłoby tak być i jednocześnie podejmowanie tematu przez drugą stronę byłoby w ogóle na miejscu, tym niemniej chodzi mi przede wszystkim o to, że taki model pojmowania transpłciowości jest na tyle szeroko rozpowszechniony w opinii publicznej, że po prostu warto wiedzieć z czym mamy do czynienia.
Z perspektywy odkrywania siebie, poszukiwania własnej tożsamości, zrozumienia własnej natury - tu się absolutnie zgadzam, że ten model jest przestarzały, stygmatyzujący, przemedykalizowany. Anarchia płciowa FTW
