close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Piątek, 2019-12-06

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8303050, ilość odsłon: 65345956
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
2019.12.10 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (40994)
2019.12.03 Katowice. Dyżur psychologa (40432)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (10919)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (64932)
Sobota nad morzem. (16056)
Oczami Nowicjuszki (20819)
Do trzech razy sztuka czyli ... (22308)
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2019 (35698)
Spostrzeżenia z życia transki (26327)
Trans Sylwester w Tęczówce (33043)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (722089)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (620037)
Strony prywatne (391642)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (342094)
Zakupy za granicą (309644)
Wiązanie krawata (286900)
Jaka fryzura? (251194)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (251089)
Zakupy w Polsce (242748)
Zestawienie rozmiarów obuwia (237189)
...więcej...

Powrót do: Opowiadania

Brzydkie kaczątko wg Dziubaska
Liczba wyświetleń: 8745


W skrócie:Zawsze musiałem uciekać od czegoś – od rzeczywistości, która mnie przerastała. Wolałem schować się do niewidzialnego kokonu, który mnie chronił przed światem. Wychowałem się w domu i w takim środowisku, w którym kobiecość jawiła mi się czymś lepszym, piękniejszym.

Do artykułu dodano 1 komentarzy. Pokaż komentarze.
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami stała sobie samotna chatka na kurzej łapce. Mieszkała w niej mała czarodziejka o imieniu Monika. Pewnego razu chcąc pogłębić swoje czary, sięgnęła po magiczną książkę. Westchnęła z wysiłku, gdyż książka ta była bardzo ciężka, a ona bardzo malutka. Gdy usiadła i wreszcie mogła nasycić oczy widokiem pięknego blasku i magii, która biła od książki, dotknęła dłonią pozłacanych liter na okładce.

Hans Christian
ANDERSEN

BAŚNIE


Wreszcie duże jajko pękło. Pip, pip! – zapiszczało pisklę i wyturlało się ze skorupki. Jakże było jednak brzydkie i niezdarne.


Mały chłopiec wspiął się na palce próbując otworzyć drzwi balkonu. Było to jakieś tajemnicze, magiczne, bo czyż nie jest magią odkrywanie świata? Nie mogąc wyjrzeć przez balustradkę, przytargał niewielki stołek. Teraz nareszcie mógł zobaczyć świat.

– Jaki on jest wielki i piękny – powiedział patrząc na krajobraz, który widział z balkonu. Podziwiał ludzi, którzy byli piękni, wysocy, wysportowani. Przynajmniej tak mu się wydawało, ponieważ miejsce, z którego patrzył, znajdowało się na dość wysokim piętrze.

– Będę jak oni, na pewno – wierzył w swoje malutkie marzenia. Matka z ciężkim sercem usiadła na krześle i zaczęła płakać. – Nie wychylaj się tak, chcesz wypaść? O mało mi serce nie pękło, nie rób tak więcej.

Chłopiec ze zrozumieniem lekko schylił głowę i spytał cicho – Mamo a za tymi drzewami, gdzie już nic dalej nie widać, to chyba jest już koniec świata, prawda?.

Matka przytulając syna i poprawiając mu grzywkę, odpowiedziała:
– Nie, to nie jest koniec świata, jeszcze zobaczysz dużo więcej, cały świat...

Cały świat, wielki świat, świat ludzi mądrych, uczciwych, wyrozumiałych, wśród których życie upływa powoli. Świat odkrywający swoje tajemnice i góry, które są do zdobycia. Chłopiec wierzył w swoje małe marzenia, cała jego dziecięca intuicja podpowiadała mu, że ta wspaniała przyszłość delikatnie głaszcze go po jego blond główce szepcząc czułe i mądre słowa. Ta przyszłość utkana jest z prostych nici, bez żadnych zawiłości, czy też supełków, które szpeciłyby ta tkaninę. Wierzył i marzył że materiał ten wytrzyma coś co wydawało mu się piękne i prawdziwe, wszak o tych rzeczach marzył... Miłość, szczęście, przyjaźń. Wierzył w to, że materiał ten nie pęknie pod naporem tych pojęć jak bańka mydlana.

* * *

Mężczyzna długo stał przed szybą wystawową sklepu przy ruchliwej ulicy, gdzie sznur samochodów i przechodzących ludzi zdawał się być krwioobiegiem żywego organizmu, do którego w tej chwili nie należał. Patrzył na szybę, gdzie mieszała się rzeczywistość która go otaczała z jego fantazjami, wyobrażeniem czegoś, co nie istniało. Lekko potrząsnął głową, starając się odegnać wspomnienia z dzieciństwa, które w tak znaczący sposób odbiły się na jego dorosłym życiu. Wielka ciężarówka z hukiem przejechała wzbudzając drgania na szybie. Gdy odbicie ustabilizowało się, zobaczył swój lekki uśmiech przepełniony pogardą.

– Ta skorupka nigdy nie powinna pęknąć – pomyślał. Dotykając szyby patrzył z niechęcią na postać, która była mu tak bliska, lecz jednak tak daleka i obca. Nagle jakaś nieznana siła, jakaś magia spowodowała zmianę w jego oczach i punkt na który patrzył, przeniósł się z szyby w głąb sklepu. Od tego, co w tej chwili widział, dzieliła go nie tylko szyba, lecz jeszcze tyle przeszkód, wobec których szyba ta była niczym ziarenko piasku wobec ogromu wszechświata – wszechświata jego pękniętej skorupki, a może właśnie niewyobrażalnie twardej skorupy, kokonu, który nigdy miał nie pęknąć...

Sukienka w sklepie była niczym wiosna, która przychodzi do nas znienacka, czule szepcząc słowa od których przez chwile nie możemy złapać oddechu. Patrzył się na sukienkę, która dumnie z jakimś dziwnym powabem i z drobnym elementem egoizmu wisiała sobie na wieszaku wśród innych ciuchów. Ale jego spojrzenie utkwione było tylko w niej.

– Jesteś piękna – powiedział podziwiając jej staranne wykończenie i czar który ją przepełniał.
– Kup mnie, kup...

Wzdrygnął się, odwrócił głowę szukając kobiety, która mogła wypowiedzieć te słowa. Jednakże nikogo przy nim nie było. Jego wzrok z powrotem przeniósł się na szybę; szyja, na której wystąpiły żyły, z ledwością w tej chwili podtrzymywały ciężar jego głowy i twarzy, na którą nie mógł się już dłużej patrzyć.


Za długo leżało w jajku i dlatego nie wygląda tak jak powinno. To kaczor, więc uroda nie jest dla niego aż tak istotna. Jest silny i zdrowy i z pewnością będzie umiał o siebie zadbać.


Dopił kawę, wyłączył telewizor, otworzył szufladę i wyjął z niej niewielkie pudełko. Otworzył je ostrożnie.

Stara tetetka wyglądała jakby dopiero opuściła fabrykę. Obracał ją przez chwilę w dłoniach, sięgając pamięcią wydarzeń, które rozgrywały się kiedy ten przedmiot był jednym z głównych bohaterów. Przypomniał sobie ten strach widoczny w oczach ludzi do których celował, strach który był prawie namacalny, którego prawie można było dotknąć.

Rozłożenie pistoletu zajęło mu kilka bardzo krótkich sekund, zaczął go czyścić, wiedział że robi to po raz ostatni, przed wyrzuceniem go gdzieś, gdzie go nikt nie znajdzie. Wolał żeby była czysta, zawsze starał się utrzymywać ten pistolet w nienagannej czystości – przedtem w celach praktycznych, eliminując możliwość zacięcia w chwili, gdy ułamek sekundy decydował o życiu lub śmierci, teraz zaś ot tak, po prostu pistolet dla niego zawsze musiał być wyczyszczony, nawet jeśli będzie go wyrzucał.

Dopieszczona tetetka z powrotem została ułożona w pudełku. Mężczyzna w piekielnie eleganckim i drogim garniturze, przez chwilę podgrzewał w rękach kieliszek koniaku. Wypił mały łyczek i oblizując usta spojrzał się na swojego przyjaciela, człowieka z którym dawno, dawno temu bawił się w piaskownicy, gdzie razem budowali jakieś wymyślne budowle, pod warunkiem, że piasek był dostatecznie mokry i dawał się formować.

Człowiek w swetrze na chwile oderwał wzrok od otworzonego nesesera, w którym były starannie ułożone grube pliki banknotów wysokich nominałów.
– Nie przeliczysz ? – spytał się mężczyzna w garniturze, odstawiając kieliszek z koniakiem.
– Przestań, wierze ci, uf... pięć milionów za jedną głowę, dawno tak nie było – podciągnął rękawy swetra po czym dokładnie zamknął neseser. – Dobra, jakby coś, to jesteśmy w kontakcie.

Mężczyzna w garniturze wstał i podał rękę przyjacielowi. Wyszedł z wielkiego biurowca, stanął przed limuzyną z przyciemnianymi szybami i spoglądając na odbicie w szybie samochodu poprawił sobie krawat.
– Przepraszam panie ministrze – kierowca otworzył mu drzwi – trochę zdrzemnąłem się.

Człowiek w swetrze otworzył neseser, przeliczył pieniądze i starannie je z powrotem poukładał. Neseser położył w wielkiej szafie pancernej, przez chwile spoglądając w zamyśleniu na grube teczki z dokumentami. Zamknął skarbiec, do którego tylko on znał hasło, szybko przechylił swój kieliszek koniaku, spojrzał na zegarek, zdjął sweter i założył sędziowską togę, którą wyjął z niewielkiej zabytkowej szafy.

* * *


Niewielki podmuch wiatru delikatnie targnął firanką w pokoju, w którym razem leżeli na łóżku spoglądając sobie w oczy. Pieszczotliwie bawiła się kosmykiem jego włosów, patrząc w jego smutne oczy. Pogłaskał ją po policzku, chcąc jeszcze raz przypomnieć sobie uczucie jakiego zawsze doznawał, gdy ją dotykał – miękkość jej skóry i szaleństwo w jej oczach, gdy kochali się jak młode, napalone dzieciaki, tak jakby to miało być pierwszy lub ostatni raz. Jej usta lekko zadrżały, gdy dotknął je wskazującym palcem. Zaczął go delikatnie przesuwać, jakby starając się nauczyć ich kształtu.
– Nigdy już nic nie będzie takie jak przedtem – powiedziała patrząc się w sufit nie zwracając jakby uwagi na błądzący po jej ustach palec.
– Wszystko będzie dobrze kochanie, tylko nasze życie będzie trochę inaczej wyglądało, urządzimy się w innym mieście, nowe miejsce, nowa tożsamość.
– Wszystko się zmieni? – spojrzała się na niego – Stefan a takie rzeczy jak na przykład PESEL? Tobie zmienią, a mi? Co z moją rodziną? Znajdą cie, zobaczysz – pochyliła głowę i zaczęła płakać.

Mężczyzna usiadł na brzegu łóżka i spojrzał na płaczącą kobietę.
– Zobaczysz będzie dobrze, program ochrony świadków koronnych jest tak skonstruowany... z resztą obiecali mi – westchnął i sięgnął po papierosa spoglądając na szufladę, gdzie w pudełku spoczywała starannie wyczyszczona tetetka.

Kobieta odebrała mu na chwile papierosa, dwa razy szybko się zaciągnęła i wycierając ręką oczy spytała się cicho – Transwestyta, gangster, namiętny kochanek, zaskoczysz mnie jeszcze czymś?
– Sam juz nie wiem, życie od samego początku dawało mi nieźle w kość, zawsze musiałem o coś walczyć, coś udowadniać.


Wszyscy nękali biedne kaczątko, kaczki je kopały, kury szczypały, a dziewczyna, która karmiła drób, kopała je nogami.


Mężczyzna zgasił papierosa i kaszląc pomachał ręką odgarniając chmurę dymu.
– Zawsze musiałem uciekać od czegoś – od rzeczywistości, która mnie przerastała. Wolałem schować się do niewidzialnego kokonu, który mnie chronił przed światem. Wychowałem się w domu i w takim środowisku, w którym kobiecość jawiła mi się czymś lepszym, piękniejszym. Nigdy nie lubiłem się bić z innymi chłopakami, ale jak już do tego doszło to jakieś mrówki chodziły mi po mózgu... mogłem zabić, wiedziałem o tym i tak też się to stało – ukrył twarz w dłoniach. Kobieta spojrzała się na mężczyznę:
– Skruszony gangster idący na współprace z policją. Boże, jakbym chciała żeby wróciły te czasy, kiedy znałam cię tylko od tej strony jak paradowałeś w sukienkach, wiesz że znajdą cię... Słyszałam plotki, że wyznaczyli nagrodę za twoją głowę...
– Zrozum, wszystko będzie nowe, nawet jak pytałaś się o PESEL, to tak, nawet to. Ty... ja i światła innego miasta, światła nowego życia. – Wyszedł na balkon spoglądając na otaczający go świat. Wzrokiem i doświadczeniem sięgał daleko za zarys drzew, za horyzont, który jawił mu się końcem świata, świata bez zawiłości, bez supełków.

Wielki potężny facet siedzący w czerwonej Alfie Romeo równocześnie odłożył lornetke i zjedzonego do połowy hamburgera, sięgnął po telefon komórkowy, wytarł palce z resztek sosu o tapicerkę fotela i zaczął wklepywać numer w telefonie.
– Przepraszam państwa, zaraz do państwa wrócę, mam ważny telefon – powiedział mężczyzna w garniturze. Odsunął krzesło i wyszedł. Wśród zgromadzonych dziennikarzy zapanowało lekkie poruszenie.
– Nie, to lipa a nie konferencja prasowa. Znowu wychodzi - powiedział jakiś dziennikarz, odkładając kamerę.

Mężczyzna w garniturze stanął przy wielkiej palmie, która stała w korytarzu, na którym producenci płyt marmurowych zbili pokaźne majątki. Wyjął telefon, przez chwile słuchał swego rozmówcy, po czym odpowiedział grobowym głosem:
– Dobra, czekaj na dalsze instrukcje – wyłączył telefon i korzystając z okazji że nikogo akurat nie było na korytarzu odsikał się do palmy. Zapiął rozporek i wrócił do czekających na niego dziennikarzy.

* * *


– Jak łazisz baranie – wściekłe trąbienie klaksonu wyrwało go z zamyślenia. Wzruszył ramionami zdając sobie sprawę, że wszedł na czerwonym świetle, ledwo co odskakując od nadjeżdżającego samochodu.

Nie miał pojęcia po jasną cholerę szedł w tym kierunku, całkowicie odmiennym niż sobie pierwotnie wyznaczył. Jego szybkie kroki powoli zaczynały tracić na częstotliwości. Zwolnił lekko dysząc, choć tak szybko mógłby iść jeszcze bardzo długo. Nagle zrozumiał przyczynę zwolnienia kroków, przeszedł obok znajomej szyby wystawowej, tak dobrze mu znanego sklepu, oglądanego zawsze z zewnątrz.

Dlaczego akurat do tego sklepu bał się wejść? Nie potrafił tego zrozumieć. Było cos, co nie pozwalało mu wejść do środka, jakiś dziwny strach, którego nie potrafił sobie wytłumaczyć. Zatrzymał się przed wystawą szukając jej wzrokiem. Była tam, cały czas wisiała na wieszaku przyćmiewając swoim blaskiem inne fatałaszki, które wyglądały przy niej jak zwykłe, nic nieznaczące ubrania. Tylko ona była ważna, przyszedł tutaj tylko dla niej.
– Kup mnie, kup mnie – usłyszał kuszący głos. Wystąpił mu pot na czole ponieważ nikogo wokół niego nie było. Drżącą ręką wytarł pot z czoła i zagryzając wargi wyciągnął rękę w kierunku klamki, szybko ją jednak cofnął i odszedł szybkim krokiem.

Wracał do domu nie mogąc zrozumieć dlaczego nie potrafił wejść do tego sklepu. W pewnym momencie minął dwie piękne, młode kobiety, które śmiejąc się rozmawiały ze sobą. Obejrzał się za nimi odruchowo, wzdychając z podziwem.


Pewnego wieczoru tuż po zachodzie słońca z krzaków wyfrunęło stado pięknych ptaków. Kaczątko nigdy nie widziało istot równie pięknych, były śnieżnobiałe o długich wdzięcznych szyjach. Były to łabędzie. Rozpostarły swe wspaniałe skrzydła i wydając dziwne dźwięki odleciały do ciepłych krajów.


Drżąc spocony, ciężko dysząc, zerwał się z nocnych koszmarów, które od dłuższego czasu dręczyły go we śnie. Powoli uspokajając nierówny oddech, popatrzył na zegarek. Wyjrzał przez balkon. Była 3:30, prawie całe miasto pogrążone było we śnie. Ubrał się, otworzył szufladę wyjmując z niej pudełko. Schował tetetkę do kieszeni, wyszedł z domu. Szedł wolnym krokiem pogrążając się w rozmyślaniach. Minął zaparkowane samochody wśród których stało czerwone Alfa Romeo.

Zapalając papierosa zaczynał rozważać swoje postępowanie przypominając sobie swoje życie. Zawsze, zawsze wśród ludzi z którymi już więcej nie chciał mieć nic do czynienia. Nie chciał by jakiś... przyjaciel wsadził mu nóż w plecy, w imię jakiejś idei, która nazywała się... kasa, pieniądze. Miał tego dosyć. Nie czuł się absolutnie przez nikogo zmuszany do tej decyzji. Chciał wreszcie mieć w swoim otoczeniu ludzi emanujących pozytywną energią, dla których przyjaźń była prawdziwą wartością. Wszak juz w dzieciństwie marzył o tym; kiedyś marzył, teraz tęsknił za światem pięknym, światem ludzi mądrych, wyrozumiałych. I o górach, które są do zdobycia, lecz o takich prawdziwych górach, zbudowanych z piękna a nie z brzydoty, która go tak dręczyła, obłapiając go niczym potężne macki ośmiornicy, które dusiły go wysysając z niego resztki życia, pozbawiając marzeń. Te macki, ta brzydota, którą chciał zrzucić z twarzy, zdawały się ciążyć mu teraz w kieszeni w postaci tetetki. Niewielki kanał ściekowy przyjął prezent w postaci pistoletu, odwdzięczając się niewielkim pluskiem. Przyjął prezent, którego już nigdy miał nikomu nie oddać.

Mężczyzna spojrzał się na zarysy odległego osiedla mieszkaniowego, rozmyślając o ludziach którzy tam mieszkają, śpią, pracują.
– Społeczeństwo... Świecie ludzi mądrych, wyrozumiałych, czy przyjmiecie mnie takim jakim jestem? Z moją przeszłością i z moim zamiłowaniem do noszenia ubrań, które są stworzone dla kobiet? – zapytał się głośno, prawie krzycząc.


Z pobliskich zarośli wypłynęły trzy piękne łabędzie, nastroszyły pióra i cicho sunęły po wodzie. Kaczątko rozpoznało te piękne stworzenia i poczuło na ich widok wielki smutek. – Zadziobią mnie na śmierć, gdy tylko się do nich zbliżę, jestem przecież takie brzydkie. Ale nic mnie to nie obchodzi. Wolę żeby zabiły mnie one, niż mają mnie szczypać kaczki, dziobać kury, kopać dziewczyna karmiąca drób.

Wolę to niż zamarznąć w lodowatej wodzie.


– Czy on nigdy nie przestanie śpiewać – pomyślał. Świergot ptaka brzmiał długo, natarczywie, czasami odrobinę głośniej, jakby ogłaszając światu: patrzcie, jestem!

Wracał do rzeczywistości bardzo powoli. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że jest prawie obudzony, uświadomił sobie, że śpiew ptaka jest prawdziwy. Słyszał go we śnie i teraz. Od tak długiego czasu nie obudziły go koszmary, demony, które pastwiły się nad nim we śnie, tylko śpiew jakiegoś małego upartego ptaszka.

Spała jeszcze. Przybliżył usta do jej policzka. Gdy znajdowały się w niewielkiej odległości, przedłużył je w dubeltówkę dotykając jej aksamitnej skóry. Gdy raz po raz przybliżał i oddalał usta, budząc jej zmysły, poczuł obejmujące go ręce. Ubóstwiali się kochać, gdy ich świadomość była jeszcze w półśnie, w trakcie budzenia do rzeczywistości, gdzie witała ich rozkosz. Uparty ptak nie przerywał śpiewu. Długo leżeli jeszcze potem patrząc sobie w oczy, rejestrując każde drgnienie powiek, każdą najmniejszą mimikę twarzy, odgadując swoje myśli. Poranek ten był dla niego jakiś dziwny, dawno nie czuł się taki spokojny.

Godzinę później, kiedy stał przy windzie, uświadomił sobie, że ona tam została sama, bez niego. Coś kazało mu wrócić z powrotem, może coś wziąć, może cos zapomniał, sam już nie wiedział. Zamknął drzwi windy, wrócił pod drzwi mieszkania chcąc wejść. Po pięciu minutach wahania odwrócił się, wszedł do windy i nacisnął guzik. Wiedział doskonale gdzie i po co idzie, był spokojny, zdecydowany, choć w jego umyśle kołatał się dziwny niepokój, którego nie potrafił sobie wytłumaczyć.

Gdy dotykał szyby sklepowej, ręka lekko mu zadrżała. Poczuł jak niespotykanie zimna jest ta szyba, która dzieliła go od niej, niebieskiej, magicznej sukni, która brylowała w sklepie pusząc się swoim przepychem.
– Kup mnie, jestem twoja, czekałam na ciebie... Tyle czasu, w końcu jesteś, zawsze tu byłeś...

Niczym lunatyk oderwał rękę od szyby i zbliżył ją do klamki, która praktycznie nie stawiała oporu gdy otwierał drzwi. Na nogach jak z waty przybliżył się do niej. W trakcie zbliżania stawała się coraz piękniejsza, nic nie zakłócało teraz tej magii, którą roztaczała wokół siebie niby zwykła niebieska sukienka, lecz dla niego to był jak sen, z którego nigdy niechciałby się obudzić.

Piękna kobieta szła spokojnym krokiem, niczym żaglowiec na morzu, lecz jego piękno było niepełne. Miał opuszczone żagle, nie dając jakichkolwiek szans wiatru by je wypełnił, nie dając możliwości wyjścia w pełne morze, gdzie przy pełnych nadziei żaglach, płynąłby w nieznane po morzu swoich pragnień i marzeń odkrywając nowe światy. Idąca kobieta w niebieskiej sukience miała jakoś dziwnie spuszczoną głowe, od czasu do czasu tylko podnosząc ją patrzyła się niepewnie na przechodniów.


Zabijcie mnie jeśli chcecie – zawołało biedne stworzenie i pochyliło głowę czekając na śmierć. W przezroczystej wodzie ujrzało swoje odbicie, lecz jakie było jego zdumienie, gdy okazało się, że nie jest już niezgrabnym brzydkim kaczątkiem, lecz pięknym łabędziem!


Kobieta w niebieskiej sukience szła zupełnie nie zdając sobie sprawy gdzie i w jakim celu podąża. A może już sama czynność podążania w nicość była celem samym w sobie... Powoli zbliżając się do skrzyżowania ulic z sygnalizacją świetlną, opuściła na chwile głowę by poprawić sukienkę z lewej strony, starannie wygładzając niewielkie zmarszczenie. Podnosząc z powrotem głowę zobaczyła czerwoną Alfe Romeo, która po skręceniu na skrzyżowaniu zatrzymała się w taki sposób, że kobieta szła prosto na samochód. Przyciemniona szyba w samochodzie powoli opuściła się. Kiedy przestrzeń między nimi zmalała do czterech metrów, wydarzenia zaczęły się nagle toczyć jak w przyspieszonym filmie.

Zza szyby wysunęła się ręka z pistoletem.
- Pozdrowienia... wiesz od kogo kochanie? Hm, szkoda takiej laski.

Padł strzał. Patrzył się z niedowierzaniem na niewielki otwór w sukience. Strzał, drugi otwór. Ze zdziwieniem uświadomił sobie, że nic go nie boli, tylko jakieś ciepło poczuł tam gdzie otwory po kulach zaczęły powoli zabarwiać suknie, niczym czerwone kwiaty, które nagle wyrosły na niebieskiej łące. Rozległ się trzeci strzał, potem czwarty i Alfa Romeo z piskiem opon odjechała.. Próbował złapać oddech jednocześnie próbując zatrzymać krwawienie, jakby bał się, że nie da rady tego potem doprać. Dopiero przy czwartym strzale poczuł straszny ból, który uświadomił mu dlaczego bał się wejść do akurat tego sklepu.

Uklęknął, powoli uchodziło z niego życie. – Ona tam jest, czeka na mnie – myślał o jej uśmiechu i jej aksamitnej skórze. – Śmierć, śmierć – szeptał, łapiąc płytki oddech – śmierć gangstera – uśmiechnął się lekko mając na twarzy cierpienie.

Oddech stawał się coraz płytszy i coraz bardziej nierówny. – śmierć transwestyty – wyszeptał cicho, patrząc na sukienkę, która powoli zmieniała kolor, tak jak jego osobowość gdy ją zakładał, zmieniając kolor jego jaźni, jego wyobrażeń o zmysłach, które drgając mu w duszy, grały niesamowitą, upiorną, lecz piękną melodię. Stała przy nim uśmiechając się lekko ustami, których kształtu uczył się od tak dawna. – Choć ze mną – powiedziała, wyciągając dłoń. Nie mógł już nic wymówić, lecz wciąż w jego głowie brzmiał jego własny szept.

– Tu i teraz w tej sukience, poczekaj ja jeszcze chciałbym ,chciałabym... Nie, nie tu i teraz... ja... w taki sposób...dziękuję ci. Nie mógł już dłużej klęczeć, położył się na chodniku.

Zaczęli zbierać się ludzie, ktoś krzyczał, z oddali słychać było odgłos syreny. Leżąc na chodniku ze zdziwieniem patrzył na kałużę własnej krwi, która szybko zaczynała się powiększać.

Spojrzał w górę. Mrużąc oczy zobaczył na niebie sznur pięknych śnieżnobiałych ptaków, które powoli stawały się coraz mniejsze, zbliżając się do horyzontu, by w końcu całkowicie za nim zniknąć. Wyciągnął rękę w ich kierunku – poczekajcie na mnie, błagam poczekajcie na mnie! Przechylił lekko głowę. Patrzył się na domy, drzewa i ludzi, którzy go otaczali. Teraz, z tej perspektywy, wszystko było jakieś duże i wyraźne. Dostrzegał szczegóły, których przedtem nie widział z balkonu, dawno temu w dzieciństwie.
–Jaki ten świat jest wielki i piękny – pomyślał, zamykając oczy.


Mała czarodziejka o imieniu Monika odłożyła książkę.
– teraz mogę dużo więcej – powiedziała, wyjęła z szuflady czarodziejską różdżkę i zaczęła nią wymachiwać na prawo i lewo – Jak cudownie znów być dzieckiem – pomyślała. Doniczkowa paproć wyprostowała swoje lekko wysuszone listki, wyraźnie się ożywiając. W chatce zapanował niezwykły porządek, ubrania zaczęły się same prać, rzeczy same układać.
– Teraz kolej na ciebie – powiedziała do małej zielonej żabki, którą ostrożnie wyjęła z pudełka po butach.

Wzięła żabkę w dłonie i pocałowała. Nastąpił błysk. Żabka z powrotem zmieniła się w piękną księżniczkę.
– Dziękuje mała czarodziejko – powiedziała księżniczka – idę do mojego królewicza, pa.
– Pa księżniczko – odpowiedziała mała czarodziejka, odwracając jednocześnie głowę w stronę okna, gdyż jakiś cień w nim przemknął. Odsunęła firankę i zobaczyła pięknego śnieżnobiałego ptaka, który raz po raz okrążał jej chatkę na kurzej łapce.

Czarodziejka przypomniała sobie swoje radosne wymachiwanie na oślep czarodziejską różdżką... Ptak jeszcze pięć razy okrążył jej chatkę, mocniej zatrzepotał wielkimi skrzydłami dołączył do drugiego i razem odlecieli w stronę zachodzącego słońca.




Opublikowane przez:
Monika
dziubasek




Do artykułu dodano 1 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Opowiadania

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8406
On line: 37
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Logika zaprowadzi Cię z punku A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi Cię wszędzie
Albert Einstein

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl