close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Poniedziałek, 2019-09-23

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8230100, ilość odsłon: 65084844
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
„Casa Valentina” w Och-Teatr (3592)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (57113)
Sobota nad morzem. (8348)
2019.09.10 Katowice. Dyżur psychologa (33004)
2019.09.03 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (33512)
Oczami Nowicjuszki (13087)
Do trzech razy sztuka czyli ... (14871)
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2019 (28209)
Spostrzeżenia z życia transki (18770)
Trans Sylwester w Tęczówce (25553)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (710773)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (610051)
Strony prywatne (382896)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (334020)
Zakupy za granicą (300146)
Wiązanie krawata (279065)
Jaka fryzura? (243275)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (242748)
Zakupy w Polsce (233884)
Zestawienie rozmiarów obuwia (229362)
...więcej...

Powrót do: Pamiętnik Alex

Strzępy pamiętnika cz. 14
Liczba wyświetleń: 10330


W skrócie:Autor: Alex

Do artykułu dodano 39 komentarzy. Pokaż komentarze.
Strzępy pamiętnika cz.14

Ten poranek mógł być niezwykle przyjemny. Ale nie był. Za gapiostwo się płaci. Ledwo Ewa wsunęła mi rękę pod sukienkę i z satysfakcją stwierdziła, że nie mam pod spodem majteczek

– rozległo się szczekanie psa. Jakieś takie dziwne. Obie równocześnie domyśliłyśmy się, dlaczego.
– O, rany! – wrzasnęła Ewka – Trzeba go było najpierw wyprowadzić, zamiast się mizdrzyć przed lustrem, idiotko!
– Było nie spać jak kłoda! Znalazł się pan i władca, od siedmiu boleści... – odwarknęłam.

Plama była w przedpokoju, pod samymi drzwiami. Biedny Maksio nie wytrzymał. Zamiast porannego seksu zaliczyłyśmy więc „operację szmata”. Nastrój szlag trafił.

Potem Ewa poszła do łazienki, a ja – z papierosem – na balkon. Paliłam i kombinowałam: co by tu zrobić z tak ciekawie rozpoczętym dniem?

Miałyśmy do dyspozycji mieszkanie, dwa tygodnie wolnego czasu, gotówkę – ogrom możliwości powodował pewien zamęt w mojej biednej główce. Wyobraźnia podsuwała mi najbardziej szalone pomysły, ale rozsądek mówił: nie przeginaj.

W końcu zdecydowałam, że z konkretami poczekam na Ewę – w końcu, jak już ustaliłyśmy, w tym stadle to ona nosiła spodnie, więc wypadało uwzględnić jej zdanie.

A ja mogłam w tym czasie poprawić sobie urodę. Gdy skończyłam palić, zmieniłam sexy-sukieneczkę na szlafrok, wydobyłam z kosmetyczki lakier, odpięłam podwiązki, zdjęłam pończochy – i zajęłam się malowaniem paznokci u nóg na jasnoczerwony kolor.

Ewa wyszła z łazienki, kiedy byłam w połowie tej operacji. Zachichotała.
– No, no, laska, robisz postępy!
Sama ubrała się w dżinsy i we flanelową koszulę.
– Wiesz, my chyba faktycznie jesteśmy pozamieniane miejscami. Mnie by się nie chciało tak pindrzyć...
– Mnie na co dzień z całą pewnością też nie – roześmiałam się – ale rzadko mam okazję, więc mnie to bawi. Co w planach na dzisiaj?
– Trzeba dokończyć pranie... – westchnęła Ewa – Tylko pazury muszą ci wyschnąć. A wieczorem? Pomyślimy.
– Jeszcze u rąk muszę poprawić. Pomożesz?

Pomogła. Hihi... I to mi się w kobiecej roli podobało chyba najbardziej. Podczas gdy ja siedziałam potem na kanapie, wachlując w powietrzu stopy i dłonie oraz gapiąc się w telewizor (akurat leciał blok programów rolniczych – bardzo ciekawe!) biedna Ewa krzątała się po mieszkaniu sprzątając, rozwieszając pranie, robiąc nam herbatę...

Jak cudownie jest być kobietą ze świeżo malowanymi paznokciami – pomyślałam, zapalając ostrożnie papierosa.
– Kochanie, mogłabyś podać mi popielniczkę?
Nie zacytuję odpowiedzi. No, trudno. Poświęciłam się i sama sięgnęłam na stół.
– Ci faceci... Żadnego pożytku. A jak by mi się lakier spitolił, tobyś potem gadała, że brzydko wyglądam! – zaczęłam narzekać – No, już dobrze...

W ostatniej chwili uchyliłam się przed szmatą, lecącą od strony przedpokoju.
Nieszczęsna Ewa zrobiła jeszcze zakupy i wyprowadziła Maksia na południowy spacer. Ja w tym czasie podziwiałam czerwień pazurów, wdzięcznie dekorujących moje stopy. Szczerze mówiąc, zanim ostatecznie wyschły, byłam już nieprawdopodobnie znudzona bezczynnością. W końcu ruszyłam swoje szanowne pośladki z kanapy, przepasałam się fartuszkiem i zajęłam się robieniem naleśników na obiad.

– Wiesz co, mała? – rzuciła Ewa w czasie posiłku – Sobota jest. Może byśmy się tak wybrały dziś na jakąś dyskotekę?
– Eee, wiesz przecież, że nie przepadam za podrygiwaniem w rytm tego durnego łomotu.
– To wolisz gnić w domu? Ubierzemy się sexy, zaszalejemy... – kusiła dziewczyna.
– Zaszaleć? Chętnie, ale tak na serio, to chyba mam na razie dość ciągłego pilnowania się. Fajnie być panienką, ale na luzie, bez stresu – westchnęłam – Poza tym popatrz: leje coraz mocniej. Naprawdę chce ci się wyłazić z domu w taką pogodę?

W końcu Ewa ustąpiła. No, nie powiem – nie miała potem powodu żałować. Urządziłyśmy sobie imprezę w domu. Ona znów w garniturze i z dorysowanym wąsem – ja w wieczorowym makijażu, w falbaniastej minisukience, w pończochach i na szpilach... Tańce, hulanki, swawole. Wrażliwym oszczędzę szczegółów. Biedny spaniel Maks patrzył na nas spanielim wzrokiem i chyba był momentami przerażony. Rybki w akwarium machały skrzelami z wyraźnym zgorszeniem. Dobrze, że w kodeksie karnym nie ma paragrafu za deprawację zwierząt. Jakby zwierzyna mogła, to by nas pewnie zaskarżyła.

Powiem tyle, że następnego dnia rano nie było problemu z pobudką w celu wyprowadzenia Maksa. Po prostu, jeszcze nie spałyśmy. Trzeba było tylko zagrać w marynarza, która zakłada kapotę i wychodzi o świcie na deszcz. Padło na Ewkę, co uznałam za sprawiedliwy werdykt losu...

Potem spałyśmy do południa. Kąpiel, niedzielny obiad – i wspólny, długi spacer z psem, bo akurat aniołki łaskawie zrobiły sobie przerwę w siusianiu na ziemię i nawet wyjrzało blade słońce.

Ewa oczywiście poszła w spodniach. Ja natomiast uparłam się na spódniczkę, w dodatku krótką, choć termometr wskazywał temperaturę zgoła nie sierpniową. Na górę założyłam golf i krótką kurteczkę, natomiast problem był z dołem... Z braku grubych rajstop zdecydowałam się na podwójne cienkie – pod spód jasne, na wierzch czarne. Wyglądało to nawet nieźle, a przede wszystkim zapewniło mi komfort termiczny – z tego patentu jeszcze nie raz w życiu potem korzystałam. Nie zaryzykowałam natomiast, pomimo ochoty, pantofelków na obcasie – po namyśle wzięłam z zapasów Ewy płaskie, zamszowe, sznurowane półbuty na grubej podeszwie, prawie męskiego fasonu. Trudno. Rozsądek zwyciężył.

Następnego dnia, mimo siąpiącego znów deszczu, postanowiłyśmy ponownie ruszyć na miasto. W końcu, jeszcze nie zwiedziłyśmy miłblińskich sklepów. Ewa w spodniach – ja w spódnicy. Ale tym razem założyłam szpilki. Bądź co bądź, zamierzałam poprzymierzać parę ciuchów, no to nogi musiały się odpowiednio prezentować! W przypływie perwersji wybrałam buciki z odsłoniętymi palcami. A niech świat widzi malowane paznokcie Alki Mayerówny! Choćbym się miała przeziębić!

Ewka – biedactwo – klęła na czym świat stoi, gdy musiała jeszcze kwadrans czekać, aż poprawię sobie makijaż.
– Chcesz, żeby faceci zazdrościli ci dziewczyny? No, to odrobinę cierpliwości – śmiałam się, walcząc z konturówką.

W końcu zlitowała się, zmyła efekty moich nieudolnych zabiegów i sama mnie pomalowała. Przyznaję bez bicia. Jej szło to dużo lepiej.

Płaszczyk (ciotki) na grzbiet, torebka na ramię – i marsz. Przytulone pod parasolką, szłyśmy na podbój Miłblina.

Ewa nieźle znała miasto i miała opracowaną marszrutę po sklepach. Młodzieży przypominam, że akcja odcinka dzieje się w roku 1985 – a ówczesny handel uspołeczniony nie rozpieszczał klientek nadmierną ofertą w dziedzinie ciuchów. Niemniej, bawiłyśmy się świetnie.

Przymierzyłyśmy chyba wszystko, co było do przymierzenia. Sukienki i spódnice. Sweterki i kurteczki. Buty i kapelusze. Torebki i biżuterię. W większości towar był obrzydliwy, ale co tam. Nie nastawiałyśmy się przecież na kupowanie...

W obcym mieście, przy zerowej szansie natknięcia się na kogoś znajomego, poczułam się całkiem swobodnie. Tego dnia, na zakupach, chyba pierwszy raz w życiu przestało mi nawet zależeć, czy ktoś rozpozna w Alce chłopaka, czy nie... Liczyłyśmy się tylko my dwie – i nasza zabawa. Reszta świata stanowiła nieistotne, rozmazane tło.

Przy kolejnym stoisku w PeDeTe, gdy wymaszerowałam z przebieralni w następnej kiecce, której oczywiście nie zamierzałam kupić, bo była wyjątkowo ciotkowata, zauważyłam wreszcie, że ekspedientki chichoczą i pokazują mnie palcami... A, niech tam!

Minęłam zaskoczoną Ewę i wystudiowanym, tanecznym krokiem podeszłam do grupki kobiet.

– Dzień dobry, przepraszam – powiedziałam, nie siląc się nadmiernie na udawanie damskiego głosu – Moja dziewczyna chyba nie jest całkiem obiektywna, więc poproszę panie o opinię! Jak w tym wyglądam?

W ekspedientki jakby piorun strzelił. Zastygły z otwartymi buźkami. Zatrzepotałam pomalowanymi rzęsami.

– Tak źle? Czy tak dobrze!? No, powiedzcież mi, drogie panie!
– Eeee... dobrze... – przełamała się jedna z nich, tleniona blondynka w średnim wieku. W oczach wciąż miała coś jakby przerażenie.
– Tak? Dzięki! To w takim razie... poproszę jeszcze tamtą, o tak... tę czerwoną. Będzie mój rozmiar? – mówiąc to, uśmiechałam się promiennie.
– Jak myślisz, odważą się zapytać, co tu jest grane? – zachichotałam do Ewki, gdy po chwili znów zniknęłyśmy w przebieralni z kolejnymi kreacjami w dłoniach.
– Wątpię!

Nie doceniłyśmy pań ze stoiska z kieckami. Babska ciekawość wzięła górę nad zażenowaniem, zaskoczeniem i nieśmiałością. Gdy wyszłyśmy zza kotary, cztery ekspedientki czekały przy kontuarze, a na ich twarzach widać było determinację. Chwilę przyglądały się nam w milczeniu, po czym postąpiły krok do przodu. Ławą. Potem tleniona, chyba szefowa, zrobiła jeszcze krok, chrząknęła i uroczystym głosem zapytała:

– Przepraszam... Przepraszam bardzo, ale czy mi się wydaje, czy pani jest... mężczyzną?
– Tak, jestem, a co? – starałam się nadać tej odpowiedzi możliwie lekki i naturalny ton – Kurczę, tu jest coś źle zszyte chyba, nie? Ciągnie się na tyłku! Popatrz, Ewka!
– A, cała seria ma taką wadę! – odruchowo odpowiedziała ekspedientka – Jak to, mężczyzną!?
– Jak to, wadę? – Ewa próbowała zmienić temat rozmowy na bardziej interesujący dla niej – A jakieś ciuchy bez wad to tu sprzedajecie!?

Tleniona nie zwróciła na nią uwagi. Wpatrywała się we mnie. Uśmiechnęłam się do niej zachęcająco.

– No co? Wy, kobiety, nosicie spodnie, to ja dla równowagi noszę sukienki. Przeszkadza to pani?
– Nie, nie... Nie przeszkadza, ale wie pan... To trochę dziwne – na ustach ekspedientki zagościło coś na kształt niewyraźnego uśmiechu.
– Dziwna to jest jakość tej kiecki! Niech pani patrzy, tu wyje, a tu się ciągnie! To szewc szył, a nie krawiec chyba... A może żołnierze w zastępstwie szwaczek? – Ewa nie zamierzała kapitulować.

Powybrzydzałyśmy jeszcze trochę nad sukienkami, po czym zostawiłyśmy biedne ekspedientki w ciężkim szoku i poleciałyśmy na stoisko z bielizną. Okazyjnie uzupełniłyśmy zapas rajstop (akurat dobra władza rzuciła jakieś!) i uznałyśmy, że pora na kawę. Ale w drodze do kawiarni zauważyłyśmy polonijny butik z ciuchami...

Drogo było – ale za to fasony! Mniam. Tu nasza wspólna garderoba została nieco wzbogacona.

Najpierw wpadła mi w oko świetna spódniczka w moim ulubionym kroju: bardzo obcisła w górnej części, a od połowy bioder poszerzana szerokimi plisami. Taki krój za jednym zamachem podkreślał talię i płaski brzuch oraz maskował zbyt wąskie biodra. Poza tym zawsze uważałam, że optycznie dodatkowo wyszczupla nogi – no i, co nie bez znaczenia, zwalnia ze zmartwień o zbędne wypukłości na podbrzuszu. Spódniczka była z cienkiej wełenki, miała deseń w niebiesko-czerwono-zieloną, szkocką kratkę i długość do połowy uda. Tak mi się spodobała, że jak ją raz założyłam, to odmówiłam zdjęcia. Nawet pasowała mi do reszty, więc stwierdziłam, że już zostanie na moim tyłku.

– Tylko nie próbuj w niej spać – żartowała Ewa.
Z kolei ona wypatrzyła buraczkowy sweterek z bukli. Mnie nie ruszał, ale po założeniu go musiałam przyznać, że wyglądam w nim prawie tak dobrze, jak moja dziewczyna. Kupiłyśmy.

Jeszcze jakieś kosmetyki. Potem buty. O nasze duże rozmiary nie było łatwo, ale trafiłyśmy sympatyczne, jasnobrązowe pantofelki z odkrytą piętą, zapinane na paseczek. Nawet niedrogie i na zgrabnym obcasie. Pasowały równie dobrze na Ewę, jak i na mnie. No, to bęc. Kupione.

Wydałyśmy tego popołudnia majątek, ale co tam... Co najwyżej przez kolejne dni będziemy się odchudzać – stwierdziłyśmy jednomyślnie.

Niepostrzeżenie zapadł zmrok. Przypomniałyśmy sobie o obowiązkach wobec psa i pędem leciałyśmy do domu. Kochany Maksio tym razem raczył wytrzymać. Uffff. Za to po wieczornym spacerze dostał prawdziwą kiełbasę. Wtedy – rarytas. Uznałyśmy, że zasłużył, niemniej patrzyłyśmy na jego miskę tak, że człowiekowi zapewne ta kiełbasa stanęłaby w gardle kołkiem. Pies się nie przejął i zeżarł ze smakiem.

A potem była kolacja przy świecach (dla nastroju, a nie z powodu 20 stopnia zasilania – dziękujemy ci, elektrownio!) – wino, kobiety i śpiew. Wino okazało się co prawda podłe (państwowa rozlewnia nawet rieslinga potrafiła rozcieńczyć i trochę – z rozpędu chyba – okrasić siarką), kobiety nie wszystkie całkiem prawdziwe, a śpiew ciut nieczysty... ale i tak było bardzo miło. Zwłaszcza, że zdołałam tym razem przekonać Ewę do założenia sukienki. Zdecydowanie wolałam, gdy była kobietą i gdy tę kobiecość podkreślała, a nie ukrywała swoje wdzięki pod męskimi ciuchami. I nie chodziło tu tylko o względy estetyczne, oczywiście.

Następnego dnia było już jasne, że jesienna aura ani myślała nas pożegnać. O ile w poniedziałek padało umiarkowanie, to w następne dni już lało jak z cebra. Doszedł do tego silny wiatr i ochłodzenie. Dziękowałyśmy losowi, że nie musimy w tych warunkach babrać się w polu przy porzeczkach – i ograniczałyśmy wyjścia na zewnątrz do absolutnie niezbędnego minimum. Ziąb był tak okrutny, że i tak musiałyśmy w tym celu sięgnąć do ciotczynej szafy i pożyczać sobie grubsze okrycia.

Większość czasu spędzałyśmy w łóżku. Nie tylko na pieszczotach, bo ileż można – nawet w tym wieku!? Przytulone pod kołdrą czytałyśmy, oglądałyśmy telewizję, jadłyśmy...

Jeśli wyłaziłyśmy z betów, to albo w celach społecznie użytecznych (wyprowadzanie psa i uzupełnianie zapasów), albo dla urozmaicenia sobie życia seksualnego coraz bardziej fantazyjnymi przebierankami.

Ewa wciąż z upodobaniem przymierzała garnitury i krawaty Wiktora – a ja komponowałam sobie przeróżne, możliwie najbardziej kobiece kreacje z rzeczy przywiezionych oraz zastanych na miejscu. Szczególną frajdę sprawiło mi odkrycie przez Ewkę pokaźnej kolekcji biżuterii, należącej do ciotki. Furorę zrobił długi sznur ślicznych pereł. Ech, jak miło było je założyć do małej, czarnej sukienki, do czarnych rajstop i szpilek, zrobić sobie wieczorową fryzurę i makijaż – i w tym stroju zjeść z dziewczyną romantyczną kolację!

Innym razem Ewa upięła mi z tych pereł rodzaj diademu na włosach. Świetnie pasował do długiej, balowej sukni w kolorze starego złota, którą wynalazłyśmy w szafie ciotki – i oczywiście nie omieszkałyśmy poprzymierzać. Niestety, cioteczka była znacznie drobniejszej budowy, niż my obie – i kiecka niebezpiecznie opinała się tu i ówdzie... Mogłam w niej tylko stać – i to na mocnym wdechu. I tak przy zdejmowaniu jakiś szew niebezpiecznie zatrzeszczał.

Uczyłyśmy się też wzajemnie – różnych rzeczy życiowo użytecznych. To znaczy, Ewa szkoliła mnie w sztuce malowania sobie pyszczka, natomiast ja wtajemniczałam ją w kuchenne arkana. Niestety, obie byłyśmy wyjątkowo mało pojętnymi uczennicami.

– Jezu, jak ty to robisz, łamago!? – jęczała Ewa na widok mojego „makijażu” – Ty się masz przecież „umalować”, a nie „pomalować”, kretynko... Malarzem pokojowym możesz zostać, z taką finezją ręki, co najwyżej!

– Dooobre... – rewanżowałam się, próbując ugryźć dziwnie twardy kawałek tajemniczej substancji, pływającej w rzadkawej cieczy – Nawet bardzo dobre. Jakby tak to mięsko oszlifować i jakoś oprawić, wyszłaby z niego całkiem oryginalna i trwała biżuteria. Ale strogonoff to z całą pewnością to nie jest, Ewuniu...

W końcu stanęło na tym, że ona będzie mnie malować – a ja zajmę się gotowaniem. Ewa pozwoliła mi w drodze wyjątku pociągnąć sobie czasem usta szminką, a ja – ze strachem, by jej się woda nie przypaliła – dopuszczałam ją do robienia kawy i herbaty. W końcu zarówno kosmetyki, jak i artykuły spożywcze były wówczas dobrem zbyt trudno dostępnym, by je lekkomyślnie marnotrawić.

Ja tymczasem poczułam się w dziewczęcej roli już całkowicie pewnie. Robiłam nawet samodzielnie zakupy w osiedlowym sklepiku i śmiało odzywałam się przy obcych. Nawet jeśli czasem mój nietypowy głos wzbudzał czyjeś wątpliwości, to nie były one na tyle mocne, by doprowadzić do skandalu. Po doświadczeniu z ekspedientkami w PeDeTe przestałam zresztą tak panicznie, jak do tej pory, bać się dekonspiracji. No bo cóż mogli mi złego zrobić ludzie w sklepie? Wyśmiać? A niech się śmieją, ja za to mogłam przecież śmiać się z nich – tłumaczyłam sobie.

Złapałam się na tym, że z wolna przestałam traktować makijaż, biżuterię, sukienki i wysokie obcasy jako perwersyjną zabawę – a zaczęłam czuć się z tym wszystkim całkiem naturalnie. Po prostu, byłam dziewczyną. Nawet poryczałam się, oglądając w telewizji jakieś romansidło, co Aleksowi nie przydarzyło się ani przedtem, ani potem. Gapiąc się na wieczorny „Dziennik”, mniej uwagi zwracałam na to, co mówi spikerka, więcej zaś na jej cudowną apaszkę... Dobra, dobra – wiem, że to wszystko durne stereotypy, ale po obiedzie, gdy Ewa szła rozwalić się na kanapie z gazetą, ja opasywałam sobie biodra fartuchem i stawałam do zmywania garów, traktując to jako oczywisty podział ról. Potem robiłam herbatę, stawiałam filiżanki na tacy i niosłam je do pokoju.

Ewa nie komentowała tego mojego zaangażowania w dziewczęcą rolę, ale bez wątpienia dostrzegała, co się święci.

Kiedyś, wracając z południowego spaceru z Maksem, zahaczyła o kwiaciarnię i z szelmowskim uśmiechem wręczyła mi śliczny bukiecik frezji.

– Dla mojej cudownej dziewczynki... – oświadczyła, stając w drzwiach.
– Łaaał! Pierwszy raz dostałam kwiaty! – pisnęłam radośnie i ucałowałam ją serdecznie.
– No, ja myślę, że nie ostatni! Jak zaczniesz dostawać od facetów, będę zazdrosna! – chichotała Ewcia, taksując mnie wzrokiem – W końcu, te nóżki i ta buzia niejednemu chłopu mogą zawrócić w głowie...

Myślałam wtedy o sobie jako o dziewczynie – całkiem prawdziwej, choć nietypowo zbudowanej. No i ciężko zakochanej w innej kobiecie. Gdyby na początku sierpnia tamtego roku jakiś psycholog zrobił mi test, możliwe, że zakwalifikowałabym się do operacyjnej zmiany płci...

Coś mi jednak w tym nie grało, choć wtedy jeszcze nie wiedziałam, co.
W piątkowy wieczór siedziałyśmy nad kieliszkiem wina i przeglądałyśmy babskie czasopisma, których cały stos leżał w pokoju za zasłonką. Studiowałam właśnie w starej „Przyjaciółce” przepis na jakieś kryzysowe ciasto tortopodobne, możliwe do wykonania w warunkach przodującego ustroju – gdy Ewa położyła przede mną otwarty na rozkładówce egzemplarz „Kobiety i Życia”.
– Przeczytaj to.

Artykuł był o chłopcu, który stał się dziewczyną. O tym, jak od dzieciństwa lubił przebierać się w sukienki siostry i bawić z koleżankami w sklep dla lalek i w gumę, o tym, jak nie cierpiał męskich ciuchów i zajęć, wreszcie o dobrym panu doktorze, który po przeprowadzeniu gruntownych badań uszczęśliwił go przy pomocy hormonów i skalpela. Pan doktor popatrywał na mnie dobrotliwie ze zdjęcia w ramce obok tekstu. Ba, nawet zdawał się puszczać do mnie oko. W tej samej ramce, na rastrze, widoczny był adres i numer telefonu przychodni.

Przeczytałam całość starannie dwa razy, nie chcąc niczego uronić. Potem bez słowa położyłam gazetę przed Ewką, a sama wyszłam na balkon i zapaliłam papierosa. Było zimno, ale na szczęście akurat nie padało.

Usiłowałam zebrać myśli. Chyba dotarło do mnie, ku czemu – być może – zmierzam.
– Czy tego chcę? Czy rzeczywiście chciałabym...? – zapytałam sama siebie półgłosem.

Było mi dobrze w kobiecej roli. Może lepiej, niż w męskiej. Gdyby tak zoperować to i owo... Gdyby tak przestać udawać? Przestać się bać dekonspiracji? Być sobą. Tak, dla Alki Mayerówny było to całkiem atrakcyjne rozwiązanie. Ale czy Alka była gotowa tak całkiem pozbyć się Aleksa ze swego życia?

Opuszczoną dłonią zmacałam rąbek krótkiej sukienki. Poczułam pod palcami miłą śliskość rajstop na udzie... Potem dotknęłam kolczyków, przeczesałam włosy. Oblizując wargi, poczułam lekki smak szminki. Wreszcie, pieszczotliwym ruchem musnęłam krągłość wypchanego biustonosza. Wszystko to było takie przyjemne...

– Czy to o tobie? – spytała Ewa, stając obok mnie z gazetą w ręku.
– Nie. Chyba nie. Nie wiem zresztą... Może?
– Bo wiesz, jak to zobaczyłam, to stwierdziłam, że na przyszłość to by było nawet fajne rozwiązanie – Ewa mówiła to głosem cichym, ale dziwnie stanowczym – Mogłybyśmy być razem bez żadnego kłopotu...
– Zaraz, a tak to niby nie możemy? – zaprotestowałam odruchowo.
– Mhmmm – mruknęła Ewka, przytulając się do mnie – Jasne. Możemy. Ale musimy... To znaczy, właściwie to ty musisz... cały czas kombinować i udawać, żeby być sobą. A ja bym wolała, żebyś cały czas mogła być moją małą dziewczynką. Aleczko.

Było mi zdecydowanie za zimno. Poza tym papieros już się dopalał. Złamałam swoje zasady i wyrzuciłam peta przez balkon, a następnie wciągnęłam Ewę do mieszkania, posadziłam na kanapie i usiadłam obok. Potem zerwałam się gwałtownie i poleciałam do przedpokoju. W lustrze zobaczyłam nawet niebrzydką, zgrabną dziewczynę w letniej sukience, z kasztanowymi kędziorami i jasnymi oczami pod wachlarzykiem długich rzęs... Psiakrew... Podobał mi się ten widok. I diabelnie podobało mi się wiele rzeczy, związanych z damską rolą.

Ewa znów stanęła obok mnie, objęła mnie w talii i przytuliła.
– Laleczka. L-Aleczka. Moja L-Alka... L-lllllalunia! – zachichotała.
Roześmiałam się. Greps niewątpliwie był zabawny. Ale zaraz spoważniałam.
– Wolałabyś, gdybym naprawdę była dziewczyną? – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
– Chyba tak... Pomyśl. Jest nam dobrze, jak jest. I byłoby dalej tak samo, tylko bez kłopotów, bez ryzyka wpadki i skandalu... Miałabyś zmienione dokumenty, oficjalnie byłabyś Aleksandrą, nikt by się nie czepił, że paradujesz w sukienkach. Mogłabyś studiować i pracować jako kobieta. Czy to nie piękne?

Wróciłam do pokoju, usiadłam na fotelu i dolałam sobie wina.
– No, tak, ale przecież teraz też mogę być dziewczyną... Jestem nią, nie? Jakoś nikt się nie skapował dotąd...
– I tak, i nie – odpowiedziała poważnie Ewa – Wiesz, przypadkowi ludzie mijani na ulicy, pijane towarzystwo na imprezie u mnie, stara babcia w Chrampolu... Ale na dłuższą metę?
– O, przepraszam, towarzystwo nie całkiem i nie od razu było pijane! – zaprotestowałam, urażona w swojej kobiecej dumie.
– No dobra, przyznam ci się... – mruknęła dziewczyna – Wtedy, u mnie, to niektórzy wiedzieli.
– Coooo!?
– Powiedziałam... niektórym. No, zaczęli coś podejrzewać, ktoś się zapytał... Powiedziałam, że kuzyn zmienia płeć i lubi się przebierać... ale zastrzegłam, żeby się nie wysypali przed resztą. No i przed tobą, bo powiedziałam, że będzie ci przykro – wyznała ze skruszoną minką – Ale, muszę ci przyznać, że byli pod wrażeniem. Mówili, że gdybym zaprzeczyła, to by uwierzyli, hihi!

Gdybym nie była tak zaskoczona, to pewnie bym ją zatłukła na miejscu. Ona informowała towarzystwo o mistyfikacji – a ja, jak ostatni kretyn (kretynka?) gimnastykowałam się, trzepotałam rzęsami i mizdrzyłam, udając kuzyneczkę! Walnęłam kieliszek wina duszkiem i nalałam sobie następny, po czym zapaliłam kolejnego papierosa.

– Dużo palisz... – troska w głosie Ewy była rozbrajająca.
– Dziwisz mi się? Myślę, to palę. Mam nadzieję, że chociaż babcia nie wiedziała?
– Nie! Nie jestem samobójcą! – roześmiała się.

Patrzyłam na nią. Ten uśmiech, ta smukła figurka. Była zbyt zjawiskowa, zbyt piękna – i zbyt kochana, bym mogła się gniewać. Nawet za taki numer.

– No i dobra. Mogłam udawać wtedy, mogłam w Chrampolu, mogę dalej. Będę coraz lepsza...
– Nie będziesz – westchnęła, stojąc za mną i czesząc mi włosy w kucyki – Niestety, jesteś na razie szczeniak, masz dziecinną buzię, w tych warunkach to nie sztuka udawać panienkę...

Ale za parę lat czas i hormony zrobią swoje. Zmienią ci się rysy twarzy, ślady po zaroście będą wyraźniejsze, i tak dalej. Będzie coraz trudniej, Aleczko. I tak już teraz głos cię łatwo dekonspiruje...

Czułam, jak dziewczyna wiąże mi kokardy na ściągniętych gumkami włosach. Wpatrywałam się w swoje kolana, obciągnięte cieniutkimi rajstopami i myślałam o tym, że ona faktycznie może mieć rację. Z czasem takie numery już tak łatwo nie przejdą.

Poddając się jej zabiegom fryzjerskim, połączonym z delikatną pieszczotą karku i uszu, poczułam narastające podniecenie. Pożądałam Ewy... I myślałam o tym, że kiedy przestanę być śliczną nastolatką, kiedy zmienię się w dorosłego faceta, mogę ją stracić. Na zawsze. I że ceną za bycie z ukochaną może być tylko wyrzeczenie się Aleksa.

Miałam diabelną ochotę na seks. Chyba liczyłam, że w ekstazie uda mi się choć na chwilę zapomnieć o wątpliwościach targających moją biedną duszyczką... ale los był okrutny. Trzeba jeszcze było najpierw odfajkować wieczorny spacer z Maksem. Narzuciłam sweter, wsunęłam stopy w pantofle – i poszłyśmy. Na klatce schodowej jakieś nastolatki parsknęły krótkim śmiechem na mój widok...

– Spokojnie – szepnęła Ewka – to tylko dlatego, że rzadko widują rudzielca, który ma kucyki jak Pippi... z jedną kokardą białą, a drugą zieloną, w dodatku!

No tak, wychodząc, nawet nie spojrzałam w lustro! Nauczka. W towarzystwie Ewy nie bądź pewnym dnia ani godziny... I za to wariactwo też ją kochałam. W pierwszym odruchu chciałam ściągnąć różnokolorowe kokardy, ale gdy dotknęłam dłonią wstążki, zrobiło mi się ich żal. Ewcia tyle się namęczyła przy wiązaniu... Zostawiłam. A co mi tam, niech się ludziska dziwują... Miałam inne problemy.

Jestem chłopcem dla zabawy przebranym w sukienkę, czy dziewczyną, która kaprysem natury otrzymała ciało chłopca? A może prawda leży gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami? Nie chciałam tego rozstrzygać, ale czułam, że prędzej czy później trzeba będzie zmierzyć się z decyzją.

Szłyśmy milcząc. Ewka trzymała smycz. A ja, postukując obcasikami, w swej fantazyjnie ufryzowanej główce rozpaczliwie szukałam argumentów, które mogły uratować Aleksa przed skalpelem sympatycznego pana doktora z gazetowej fotografii.

I po cichu chyba liczyłam, że Ewa zdoła zbić je kontrargumentami. Cóż, wizja stania się kobietą była tyleż szalona, co pociągająca... Ech, żeby tak można byłoby zmieniać sobie płeć zależnie od potrzeb i od nastroju...

A owe argumenty przyniesie ciąg dalszy, który... tak, tak. Oczywiście. Tradycyjnie, za tydzień.

Opublikowane przez:
Alex -
Alex




Do artykułu dodano 39 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Pamiętnik Alex

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8303
On line: 9
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Miłość w swej prostej
i nieśmiałej mowie,
powie najwięcej,
kiedy najmniej powie.
William Szekspir

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl