close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Poniedziałek, 2019-09-16

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8223855, ilość odsłon: 65067350
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
„Casa Valentina” w Och-Teatr (3441)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (55829)
Sobota nad morzem. (8208)
2019.09.10 Katowice. Dyżur psychologa (32158)
2019.09.03 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (32671)
Oczami Nowicjuszki (12112)
Do trzech razy sztuka czyli ... (14567)
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2019 (27054)
Spostrzeżenia z życia transki (18522)
Trans Sylwester w Tęczówce (25139)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (709768)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (609086)
Strony prywatne (382083)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (333230)
Zakupy za granicą (299357)
Wiązanie krawata (278311)
Jaka fryzura? (242458)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (241942)
Zakupy w Polsce (233151)
Zestawienie rozmiarów obuwia (228568)
...więcej...

Powrót do: Pamiętnik Alex

Strzępy pamiętnika cz. 12
Liczba wyświetleń: 12126


W skrócie:Autor: Alex

Do artykułu dodano 29 komentarzy. Pokaż komentarze.
Strzępy pamiętnika cz. 12

Mijały kolejne dni, podobne jeden do drugiego jak dwie czarne porzeczki do siebie. Wczesna pobudka, ograniczona do minimum toaleta, śniadanie – i o siódmej rano byłyśmy już na polu. Ewa najczęściej zakładała stare szorty i podkoszulek – natomiast dla mnie, zamiast niewygodnego (i potwornie niezgrabnego) fartucha, którego używałam pierwszego dnia, babcia znalazła jakąś starą, lnianą sukienkę – dosyć obszerną i długą, ale na szczęście przewiewną. W gumiakach co prawda i tak nie wyglądało się super, niemniej kiecka stanowiła pewien postęp w zakresie image’u. Całkiem nieźle mi się w niej zresztą pracowało przy tych nieszczęsnych porzeczkach...

Nie mogłam się tylko przyzwyczaić do chustek, które inne kobiety zakładały na włosy, chroniąc się w ten sposób przed kurzem i słońcem – pociłam się pod nimi niemiłosiernie i w końcu dałam sobie spokój z tym elementem garderoby.

Pracowałyśmy do wczesnego popołudnia – potem była przerwa na obiad – a około czwartej wracałyśmy do porzeczek jeszcze na godzinę albo dwie.

W międzyczasie trzeba było pomóc babci przy normalnych gospodarskich obowiązkach. Dzielnie zamiatałam obejście, sypałam ziarno kurom, pomagałam w kuchni, zadawałam żarcia świniom... W przeciwieństwie do Ewy nie odważyłam się tylko na dojenie krowy.

Wieczorem, umywszy się jako-tako w misce z zimną wodą, przebierałyśmy się w normalne ciuchy, jadłyśmy kolację i zasiadałyśmy do robótek ręcznych. Miałam wtedy wrażenie, że niespodziewanie odbyłam podróż nie tylko pomiędzy płciami – ale i w czasie. Babcia Ewy nie miała ani telewizora, ani nawet radia. No, owszem, była elektryczność, więc nie mogę twierdzić, że cofnęłam się do XIX wieku... jednak rytm życia i obyczaj nie przywodziły na myśl lat osiemdziesiątych XX wieku. Jeśli już – to raczej dwudzieste lub trzydzieste.

Miało to swój urok. Delikatnie przytulona do Ewki – siedząc na ławeczce przed drewnianą chałupą, dziergając mozolnie szalik, wsłuchując się w babcine gawędy – rozkoszowałam się uczuciem całkowitego, błogiego spokoju. Stary kundel łasił się nam do nóg, kot popatrywał ironicznie z płotu, gdzieś grał świerszcz... Wszystkie miejskie, współczesne problemy były bardzo daleko. Niemalże nie istniały. Była tylko ta sielska wieś, na owej wsi siwa matrona i jej śliczna wnuczka – a z nimi ja.

Ja, czyli Alka Mayerówna: sympatyczna, ruda dziewczyna na wakacjach, ściskająca gołe kolana pod karcącym okiem surowej babci, coraz sprawniej robiąca na drutach, ale niecierpliwie czekająca, by z ust staruszki padło wreszcie hasło „do łóżek”... Bo wtedy Ewka i Aleczka będą mogły wreszcie przytulić do siebie swoje nagie, spragnione pieszczot ciałka – i do woli cieszyć się swą szaloną młodością, wiedząc, że na dole babcia jeszcze klepie pacierze...

I tak płynął dzień za dniem. Nie jestem Orzeszkowa, nie będę się dalej rozwodzić nad tymi klimatami.
Niedziela przyniosła urozmaicenie.
Babcia podreptała do kościoła z samego rana – my z Ewką pospałyśmy nareszcie trochę dłużej. Potem w wielkich garach podgrzałyśmy sobie wodę i po raz pierwszy przyzwoicie wymoczyłyśmy się w wannie.

Założyłyśmy kolczyki. Umalowałyśmy się. Ech, dopiero teraz pojęłam, jak mi tego brakowało przez ostatnie dni... Pomysł z zakręceniem sobie loków tuż przed wyjazdem okazał się świetny – co prawda i tak już nieco oklapły, ale moja fryzura nie wymagała specjalnych zabiegów, poza porządnym umyciem i wysuszeniem.

Ubrałyśmy się w grzeczne sukienki za kolano. Ewa w wąską, wiśniową – a ja w falbaniastą, w żółto-niebiesko-brązowe kwiaty. Do tego cienkie, jasne pończochy i pantofelki na obcasach. Torebeczki w dłoń, uśmiechy na buzie. Nareszcie zniknęły kocmołuchy, upaprane w kurzu i w porzeczkowym miąższu. Ich miejsce zajęły dwie młode, przystojne, eleganckie dziewczyny.

Wystrojone i wesołe, w samo południe pomaszerowałyśmy na mszę. Żadna z nas nie była religijna, ale rezygnacja z rytuału nie wchodziła w grę. Przyznanie się przed babcią, że wcale nie odczuwamy wewnętrznej potrzeby niedzielnej wizyty w kościele, miałoby zapewne straszne następstwa. O ile staruszki nie trafiłaby natychmiastowa apopleksja, to pewnie pognałaby nas na cztery wiatry... Wolałyśmy nie ryzykować.

Defilowałyśmy więc sobie przez Chrampol, trzymając się za ręce i przyciągając ciekawskie spojrzenia miejscowych kawalerów. Nawet niezbyt wyzywająco ubrane, ale wysokie i zgrabne – jako dwie obce laski musiałyśmy stanowić dla nich miłe urozmaicenie chrampolskiego krajobrazu...

Rozdawałyśmy uśmiechy, Ewa od czasu do czasu wymieniała z kimś pozdrowienia, a we mnie narastały wątpliwości.
– Ty, a co by było, jakbyśmy jednak poszły... za kościół?
– Oszalałaś? Nie wchodzi w grę. Kumochy by zaraz babci doniosły... – szepnęła Ewka – Myślisz, że nie jesteśmy pilnie obserwowane?
– No, wiem. Ale jakoś mi tak głupio. W sukience do kościoła? – próbowałam wyjaśnić jej coś, czego sama do końca nie mogłam zrozumieć.
– Dlaczego? – szczerze zdziwiła się moja dziewczyna.
– Wiesz, mam jakieś takie dziwne uczucie... jakby to jednak było świętokradztwo czy coś w tym rodzaju... No, że robię sobie jaja! I jeszcze te pończochy na pasku – takie rzeczy, to mi się kojarzą bardziej z burdelem, niż z kościołem...

– Nie robisz sobie żadnych jaj, co ty myślisz, że Panu Bogu przeszkadzają twoje fatałaszki? Przeceniasz się, moja droga, hihi! Bardziej by mu pewnie przeszkadzało, gdybyśmy zgorszyły biedną babcię i nie poszły na mszę przy niedzieli – uspokajała mnie Ewa.

No, tak. Babcię zgorszyć – faktycznie grzech. A co do pończoch? Cóż, uznałyśmy przed wyjściem, że gołe nogi są jednak w tych okolicznościach zbyt mało eleganckie, a w rajstopach byłoby nam stanowczo za gorąco... Poza tym, nie da się ukryć, coraz bardziej podobało mi się chodzenie w pasku i w podwiązkach.

Nie byłam w pełni przekonana, czy rzeczywiście powinnam znaleźć się na poświęconej ziemi w tym stroju i z tymi myślami – ale nie było już odwrotu. Odstałyśmy więc swoje w chłodzie kruchty, wśród miejscowych gospodyń i ich córek (mężczyźni wtedy jeszcze zwyczajowo zajmowali miejsca po jednej stronie ołtarza, a kobiety po drugiej). Kiepsko zorientowane w liturgii, klękałyśmy i żegnałyśmy się wtedy, kiedy czyniły to sąsiadki. Ewka nawet podśpiewywała wraz z tłumem.

Większość wiernych przystąpiła do komunii – my oczywiście nie – i to był jedyny moment, kiedy popatrzono na nas z lekkim potępieniem... No, jak to dojdzie do babci, to się nam oberwie kazanie – pomyślałam.

– Jak babcia spyta, dlaczego nie byłyśmy u komunii, to mówimy, że przed mszą nie zdążyłyśmy do spowiedzi, bo ja się zagadałam z koleżankami, a była długa kolejka do konfesjonału – Ewa najwyraźniej kombinowała w tym samym kierunku, co ja.
– I tak nas opieprzy.
– Ale mniej, hihi! Zrozumie, że jak się baby zagadają, to i spowiedź musi poczekać...

Grom z jasnego nieba nie uderzył. Niby niewierząca, ale jednak odetchnęłam z ulgą, że On – o ile rzeczywiście istnieje i zna nasze myśli oraz uczynki – to najwyraźniej ma poczucie humoru. Albo po prostu jest tolerancyjnym, dobrotliwym władcą, który nie przejmuje się szczeniackimi numerami. Dziś powiedziałabym nieco inaczej: mądrym i skutecznym szefem, który nie zawraca sobie głowy drobiazgami.

Gdy wychodziłyśmy z kościoła, dołączyła do nas dość ładna, szczupła dziewczyna w dżinsowym kompleciku, z krótkimi włosami o identycznym odcieniu rudego, jak mój. Zauważyłam, że ma dobre nogi.

– O, cześć Małgoś! – ucieszyła się na jej widok Ewa – Też na wakacjach? Porzeczki, co? Poznajcie się, to Gośka, moja kuzynka – a to Alka, koleżanka z Fakowic...

Okazało się, że kuzyneczka mieszka w Walgoraju, chodzi tam do liceum – no i faktycznie, też dopadł ją rodzinny kataklizm w postaci porzeczkowych żniw u jej chrampolskiej babci (obie babcie, jak zrozumiałam, były szwagierkami). Gosia nie była szczęśliwa z tego powodu.

– Żebyście wiedziały, jak ja nie cierpię cholernego dłubania się w tych krzakach... Niech ja się tylko stąd wyrwę na studia! Wam to dobrze, duże miasto. A ja tu na tym zadupiu!
– Spokojnie, młoda, już niedługo... – pocieszała ja Ewa – ile ci jeszcze zostało?
– Eee, jeszcze dwa lata. Dopiero drugą klasę skończyłam... – ciężko westchnęła dziewczyna.
– Zleci ci – pocieszyłam ją – a ta wieś jest całkiem fajna...
– Chrampol to miasteczko, a nie żadna wieś! – zaprotestowała niespodziewanie mocno, uniesiona nagle lokalnym patriotyzmem.

Wszystkie trzy roześmiałyśmy się. Niech będzie, że miasteczko... A potem kupiłyśmy sobie lody i poszłyśmy na spacer. Gosia opowiadała Ewie jakieś rodzinno-towarzyskie historyjki, a ja w milczeniu konsumowałam waniliowo-truskawkowe „Familijne”.

– Wiesz, masz takie dziwne rysy twarzy... Trochę jak chłopak! – wypaliła nagle młoda w moim kierunku.
Ewa zakrztusiła się lodami.
– To znaczy, eee, masz ładną buzię, Ala, taką trochę nietypową... – Małgosia, uświadomiwszy sobie faux pas, próbowała jakoś wybrnąć – bardzo ciekawa uroda!
– Dziękuję ci... – uśmiechnęłam się, czując rumieniec, który jednak mógł być w tej sytuacji wzięty za objaw dziewczęcej skromności i nieodporności na komplementy – Wiesz, często mi ludzie mówią, że wyglądam jak chłopak. Może dlatego, że jestem dosyć duża?

– No, nie widziałam jeszcze chłopaka w kolczykach... – śmiała się dziewczyna, wyraźnie ucieszona, że jej nieprzemyślana odzywka nie spowodowała ostrej reakcji z mojej strony – bo w sukience, to i owszem... Ewcia, pamiętasz?

– A, tak! – Ewa z wolna odzyskiwała równowagę – Wiesz, Alka, to było ze trzy lata temu. Pomagałam Gosi przebrać Sylwka, jej brata... kiedyś, tutaj, na wakacjach. No, takie przebieranie chłopaków to fajna zabawa jest. Muszę to kiedyś powtórzyć, tylko z kim by tu można takie coś? Ala, znamy w Fakowicach jakiegoś odpowiedniego chłopaka?

– Eee, a mnie się to w sumie nie podobało, wiesz? – Małgosia nagle naburmuszyła się po słowach Ewy – To jakieś takie zboczone. Facet to ma być facet, a nie lala! Dobrze, że Sylwek się już więcej nie przebiera, nie chcę mieć brata-pedała!

Teraz ja poczułam, że się zaraz zakrztuszę.
– Sądzisz, że jak chłopak się przebiera za dziewczynę, to od razu musi być pedziem? – Ewa wciąż drążyła niebezpieczny temat.
– No, a co? Raz, dla zabawy, to można, ale jak mu się to spodoba i zacznie częściej, to chyba sprawa jasna, nie?
– Niekoniecznie. Wiesz, moja koleżanka ze studiów ma faceta, który się często przebiera... i to ona go maluje, czesze w fajne fryzurki... – Ewa z sadystycznym błyskiem w oku rozwijała opowieść, patrząc na coraz bardziej zgorszoną minę młodziutkiej kuzynki – I koleś wcale nie jest pedałem. Zaręczam ci. Jest z niego śliczna panienka, jak go ubrać w sukienkę, ale w spodniach potrafi być bardzo męski...

– Eee, pewnie po prostu czegoś nie wiecie. Ja bym tam z takim facetem nie chciała być. Brrr! Obrzydlistwo...
W odróżnieniu od Ewy, wcale nie byłam tą rozmową ubawiona.

– Młoda jesteś, mało wiesz, ale niech ci będzie! – dała w końcu za wygraną moja ukochana, litując się chyba trochę nade mną – Gocha, a co tam u ciotki Marty? Dalej pracuje w tym tartaku?

Rozmowa zwekslowała w bezpieczne koleiny. Poplotkowałyśmy jeszcze trochę, odprowadziłyśmy młodą pod dom, po czym – znów trzymając się za ręce jak siostry – pomaszerowałyśmy na obiad.

Babcia właśnie kończyła nakrywać do stołu. Wyjątkowo nie w kuchni, ale w pokoju. – Ewka, nalewaj rosół! – zakomenderowała na nasz widok – A ty, Aleczko, zdejmuj kotlety z ognia, bo się zaraz spalą...

Po paru minutach wszystko było gotowe. Wciąż w odświętnych strojach, uroczyste i grzeczne, usiadłyśmy na staromodnych krzesłach – a starsza pani zmówiła modlitwę. Przy obiedzie dokładnie przepytała nas o treść kazania i ogłoszeń parafialnych. Chyba zdałyśmy egzamin, bo wyglądała na zadowoloną.

– To ty się teraz, babciu, połóż, a my zaraz pozmywamy – zaoferowała Ewa – tylko skoczymy na górę, żeby się przebrać z tych świątecznych sukienek...

Po chwili, obie tylko w stanikach i w pończoszkach, upiętych podwiązkami do koronkowych pasów, całowałyśmy się jak szalone w naszym pokoiku... Miałyśmy tylko minutkę – wiedziałam już, że jeśli zaraz nie pojawimy się w kuchni, babcia sama weźmie się za mycie garów, a potem będzie zrzędzić. We własnym, dobrze pojętym, bardziej długofalowym interesie warto było chwilowo zrezygnować z pieszczot. Zadowolona ze swoich dziewcząt gospodyni powinna skrócić nam wieczorne męczarnie z drutami...

Popołudnie robiło się coraz bardziej upalne, więc zdjęłyśmy pończochy – Ewa z wyraźną ulgą, ja z niekłamanym żalem. Wskoczyłam za to w swoją ukochaną dżinsową miniówkę z kolorowymi motylami naszytymi na pupie, w beżowe sandałki i w bardzo dziewczęcą, zielono-białą bluzeczkę z bufiastymi rękawkami i z falbaną wokół dekoltu. Aby zapewnić sobie lepszą wentylację karku, ściągnęłam włosy z tyłu w koński ogon i przewiązałam je wstążką. Ewa założyła w tym czasie szorty koloru khaki, granatowe tenisówki oraz czarny, męski podkoszulek. Popatrzyła na moje fatałaszki i roześmiała się:

– Wiesz, jakbym nie wiedziała, kto tu jest panienką, tobym się pewnie pomyliła...
– Obie jesteśmy. Tylko ty, nie wiem czemu, stylizujesz się na faceta, hihihi!

Podczas gdy ona pracowicie i starannie likwidowała swój wyjściowy makijaż, ja poprawiłam sobie usta szminką i przypudrowałam lekko nos. A co? Szaleć, to szaleć... Potem musnęłam jeszcze rzęsy tuszem. W normalnym stadle ktoś musi być bardziej kobiecy – pomyślałam. Z zadowoleniem obejrzałam odbicie Alki w lustrze i – bawiąc się kolczykiem – zapytałam:

– Może gdzieś jeszcze pójdziemy, jak już pozmywamy?
– O tym samym myślałam... Nie chce mi się siedzieć w chałupie w taki piękny dzień. A jak uda się nam późno wrócić, to może miną nas dziś te pieprzone robótki na drutach? – rozmarzyła się Ewka.

Zmywanie załatwiłyśmy piorunem, cmoknęłyśmy babcię w policzki i wyrwałyśmy w świat. Chrampol nie miał niestety (i zapewne nie ma nadal) ani zabytków do zwiedzania, ani spacerowych promenad, ani nawet knajpki, w której dwie młode dziewczyny mogły bezpiecznie i przyjemnie spędzić niedzielne popołudnie. W dodatku kino, improwizowane w remizie, miało akurat planową, wakacyjną przerwę. Podrywaniem miejscowych obywateli, nieźle już nawalonych tanim winem i licznie zalegających wszelkie murki i krawężniki, tudzież ławki na przystanku PKS – jakoś dziwnie nie byłyśmy zainteresowane. Poszłyśmy więc na spacer do lasu. Ewa złośliwie komentowała mój strój i makijaż – niewątpliwie mało odpowiedni na tę trasę – ale niespecjalnie mi to przeszkadzało.

To był dobry pomysł. Wśród drzew, z dala od ludzkich oczu, wśród kwiatków, robaczków i leśnych owoców, byłyśmy swobodne i szczęśliwe. Mogłyśmy się do woli przytulać i całować... Podniecona sytuacją, miałam ogromną ochotę na coś więcej – ale Ewka wykazała przebłysk zdrowego rozsądku.

– Nie, nie, bez przesady – powiedziała, powstrzymując moje zbyt intensywne zabiegi wokół suwaka jej spodenek – Niby pusto, ale jednak ktoś się może akurat napatoczyć. Wiesz, jaka byłaby sensacja?

No, chyba jednak nie chciałam być nakryta przez miejscowych gospodarzy, jak kocham się z Ewką w dziewczęcym przebraniu... Wyobraziłam sobie ciąg dalszy, i z żalem odpuściłam. No, cóż. Spacer sam w sobie też jest przyjemny – wmawiałam sobie, marząc o chwili, kiedy już znajdziemy się na naszym poddaszu. Ewa chichotała, patrząc na nietypowe ułożenie spódniczki na moim podbrzuszu.

– Zrób coś z tym, bo chyba nie zamierzasz tak wracać...
– Zrobiłabym, ale jak na ciebie patrzę, to dziwnie nie mogę – westchnęłam zupełnie szczerze.
– Hmmm, wiesz? To chyba najpiękniejszy komplement dla dziewczyny... zwłaszcza, od drugiej dziewczyny... – szepnęła, nagle lekko zarumieniona.

A potem, przytulone, długo szłyśmy leśną ścieżką. Nawet nie wiedziałam, gdzie jestem. Na szczęście Ewa twierdziła, że zna tutejsze zagajniki dość dobrze.

I rzeczywiście. Wyjście z nich zajęło nam tylko półtorej godziny... Trafiłyśmy co prawda nie na zabudowania Chrampola, tylko na jakąś szosę – ale przecież zawsze mogło być gorzej, prawda? Mogłyśmy na przykład wleźć na jakieś mokradła... Nie omieszkałam podzielić się tą refleksją z dziewczyną.

– Dzięki ci za uznanie, księżniczko – mruknęła – Trzeba było wiązać swoje wstążeczki na mijanych krzaczkach, tobyśmy łatwo wróciły po śladach! A mokradeł w tej okolicy nie ma.
– A ja myślałam, że tacy komandosi jak ty, to zawsze mają ze sobą kompas! – odcięłam się. Żarty żartami – ale sytuacja wcale nie była wesoła. Zapadał zmierzch, a my byłyśmy niezły kawał od domu.
– Patrz, tam jest drogowskaz na Walgoraj! – zauważyłam – No, to znaczy, że Chrampol jest w drugą stronę. Idziemy...

Ruszyłyśmy. Sandałki piły mnie w stopy niemiłosiernie. W dodatku po upalnym dniu wieczór był niespodziewanie chłodny i nasze gołe nogi pokryły się gęsią skórką.

– Przydałaby się jakaś okazja – westchnęłam, widząc oczami wyobraźni jakiegoś sympatycznego kierowcę, który szarmanckim gestem otwiera przed nami drzwiczki limuzyny.

No, w sumie, w ostateczności mógłby być żuk z GS-u... Tylko, że zakładowe żuki w niedzielę po południu raczej rzadko jeżdżą – uświadomiłam sobie z żalem.

– Taaa, okazja! A w niej pięciu nagrzmoconych i niewyżytych gnojków... – Ewa skorygowała moje marzenia – Tobie dobrze. Przynajmniej dziecka ci nie zrobią.

Chwilę zastanawiałam się nad ważkim problemem, czy lepiej zostać zgwałconą przez pięciu niewyżytych gnojków jako prawdziwa dziewczyna, czy raczej jako chłopak w spódniczce i z kolczykami. Przyznam się, że do dziś nie mam wyrobionego zdania na ten temat.

Nie musiałam tego, na szczęście, weryfikować w praktyce. Po kilkudziesięciu minutach ostrego marszu pustą szosą ujrzałyśmy pierwsze zabudowania Chrampola.

Babcia ucieszyła się na nasz widok. Zaczęła się już martwić – no, i nie miała sobie do kogo pogadać przy wieczornych drutach. Upiekło się nam rękodzieło, była prawie dziesiąta, a jutro czekał nas ciężki dzień normalnej pracy. Z nieumytymi nogami i zębami wskoczyłyśmy do łóżka. Zmarznięte i zmęczone, wyjątkowo nie miałyśmy nawet ochoty na seks. Przytuliłyśmy się tylko mocno. Ewka zachichotała.

– Śpimy dziś we trójkę!
– Jak to? – zaniepokoiłam się.
– No, ja, ty i twój makijaż, hihihi... – parsknęła.
– Kurczęż! Zapomniałam, że jestem umalowana. Ale nie chce mi się już wyłazić i zmywać. Taka jesteś cieplutka...

Zanim zasnęłam, przypomniała mi się jeszcze bystra kuzyneczka Ewy, spotkana dziś pod kościołem.

– Ależ ta Małgośka ma oko... Omal mnie młoda nie zdekonspirowała! – westchnęłam.
– No! Ale jej chyba do pały nie przyszło, że to może być prawda. I dobrze – mruknęła sennie dziewczyna – Śpij już.
Zachrapała. Ja po chwili też.

A w przyszłości miało się okazać, że Małgosia z Walgoraja rzeczywiście miała nieprawdopodobne „oko”. Otóż spotkałam ją ponownie, już jako dorosłą osobę – poważną nauczycielkę akademicką i żonę faceta, z którym Aleksowi przyszło współpracować służbowo. Po wzajemnej prezentacji przyglądała się koledze męża badawczo.

– Przepraszam, panie Aleksandrze... Czy my się skądś nie znamy?
– Nie sądzę...
– A jednak. Mam jakieś mgliste wrażenia... Jakiś taki znajomy jest zarys pańskiej twarzy, gest... Nie, ale to chyba niemożliwe... Pewnie ktoś bardzo podobny – kombinowała Małgorzata.

W trakcie miłej, nieźle zakrapianej kolacji, kiedy panowie już skończyli omawiać niedawny, wspólny sukces profesjonalny oraz snuć projekt następnej zagrywki – gdy rozmowa zeszła na inne tematy, na dzieci, psy i samochody, na piłkę nożną i na plany wakacyjne... nagle padła nazwa „Walgoraj”.
– Żona stamtąd pochodzi – wyjaśnił Aleksowi kolega.

O, kurczę! Dopiero wtedy otworzyła mi się właściwa szufladka w mózgu! To była tamta, mała Małgosia... Kilkaset kilometrów od miejsca, w którym widziała mnie po raz pierwszy. Kilkanaście lat później. Nie podlotek, ale dojrzała kobieta, nieco już chyba zmęczona życiem, z innymi włosami, ale z tymi samymi dużymi, niebieskimi oczami i ze zgrabnymi nogami. Na szczęście, Aleks też się zmienił. Był starszy o kilkanaście kilogramów, krótko ostrzyżony... i naprawdę w niczym nie przypominał ślicznego chłoptasia z 1985 roku – a tym bardziej Alki.

I miał wprawę w zachowywaniu kamiennej twarzy. Lata pokerowego treningu robiły swoje. Nie dał po sobie poznać szoku, z uśmiechem sprowadził rozmowę na bezpieczne tematy, potem pożegnał się i z ulgą wsiadł do taksówki. Ale po spotkaniu z Małgosią coś w nim pękło. W domu, patrząc w lustro – i widząc zmęczoną, z lekka cyniczną gębę – nagle zatęsknił za Ewą... i za Alką.

I co, moje kochane Czytelniczki i moi drodzy Czytelnicy? Który wątek pociągniemy w naszym – tradycyjnie następującym – ciągu dalszym? Hmmm, pomyślimy...

Opublikowane przez:
Alex -
Alex




Do artykułu dodano 29 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Pamiętnik Alex

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8300
On line: 42
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Nie ma kobiet niezrozumiałych, są tylko mężczyźni niedomyślni
Magdalena Samozwaniec

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl