close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Niedziela, 2019-10-20

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8256477, ilość odsłon: 65185840
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
2019.10.22 Katowice. Dyżur psychologa (35421)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (6616)
2019.10.15 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (35870)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (59325)
Sobota nad morzem. (12180)
Oczami Nowicjuszki (15807)
Do trzech razy sztuka czyli ... (17857)
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2019 (30322)
Spostrzeżenia z życia transki (22101)
Trans Sylwester w Tęczówce (28660)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (714684)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (613670)
Strony prywatne (385852)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (336980)
Zakupy za granicą (303496)
Wiązanie krawata (281949)
Jaka fryzura? (246097)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (245817)
Zakupy w Polsce (236951)
Zestawienie rozmiarów obuwia (232200)
...więcej...

Powrót do: Pamiętnik Alex

Strzępy pamiętnika cz. 4
Liczba wyświetleń: 10789


W skrócie:Autor: Alex

Do artykułu dodano 80 komentarzy. Pokaż komentarze.
Strzępy pamiętnika (4)


1 kwietnia 1985. Świat jest piękny. Elektrownia w Czernobylu jeszcze nie pieprznęła i nie trzeba pić jodu. Zły wujek Reagan już trochę odpuścił i polskie kurczaki znowu mają paszę. Dobry wujek, towarzysz generał Jaruzelski, zapowiedział dalszą normalizację i drugi etap reformy. Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, a radosna Alka Mayer maszeruje do szkoły. Wiosenny wiaterek bawi się falbaną jej spódniczki, obcasy wystukują na chodniku równy rytm. Dziewczyna uśmiecha się do przechodniów, niektórzy odpowiadają tym samym... ale nikt nie zwraca na nią jakiejś szczególnej uwagi. Jeśli już ktoś spojrzy dokładniej, odwróci się potem, nawet odprowadzi ją kawałek wzrokiem – to wyłącznie dlatego, że przecież miło jest popatrzeć na araby w galopie, na kliper pod żaglami, na przystojną, młodą kobietę, defilującą z wiatrem we włosach...

Chyba. Przynajmniej tak mi się wydawało. A jeśli nawet nie było dokładnie tak, to przecież bez znaczenia. Szłam, stukałam, cieszyłam się szelestem rajstop na udach, rozdawałam uśmiechy paniom, panom i dzieciakom – i byłam bezgranicznie szczęśliwa.

Rano oczywiście zaspałam. Prawie prosto z wanny, w biegu upinając klipsy, wpadłam do Doroty. Dostałam łyk cienkiej kawy z jej kubka, odrobinę pudru na twarz i delikatny cień na powieki. Potem był tusz do rzęs („Jeeezu, ależ ty masz rzęsy, Alka, pożycz trochę tego wachlarzyka...”) i ciemnoczerwona, błyszcząca szminka.

– Masz usta dziwki – niespodziewanie stwierdziła Dorota w trakcie robienia mi makijażu, zabawnie przekrzywiając głowę i przypatrując się efektom swojej pracy (do dziś nie wiem, czy był to komplement...) – a właśnie, z innej beczki, zapomniałam cię wczoraj zapytać, masz zapasowe rajtki? Nie pomyślałaś, bido jedna? No, to trzymaj, wrzuć sobie gdzieś do torby, kolor podobny, w razie czego mi odkupisz.

– Właśnie... Dorota, włożyłaś w to tyle wysiłku – jak ja ci się odwdzięczę?

– Spokojnie. Mam plan. Starzy od dawna mnie gonią, żebym posprzątała po zimie altankę na działce... Straszny tam gnój. Cały dzień babrania się w śmieciach, jak obszył. Pojmujesz? Pojmowałam. Kurza morda! Ale, czegóż się nie robi, by być kobietą... Psiakrew. Mogła wymyślić coś innego. Cholera jasna!!!

Uśmiechnęłam się promiennie i kiwnęłam główką na znak zgody...

Poranek był chłodny, więc na drogę dostałam jeszcze zgrabną, króciutką kurteczkę z brązowego zamszu. Odprowadziłam Dorotę na przystanek. Szłyśmy pod rękę, zwalniała, kombinowała, badała rytm moich kroków, kątem oka obserwowała, jak radzę sobie z poruszaniem się w spódnicy i na wysokim obcasie. Sprawdzian chyba wypadł dobrze, bo na widok autobusu musnęła wargami mój policzek, rzuciła „bywaj” i bez najmniejszych objawów niepokoju zostawiła mnie samą.

OK. Teraz targ po drugiej stronie ulicy, powinny być jakieś baby z kwiatami („aaa, pamiętaj Aluś, Bożence trzeba coś dać, jakiś drobiażdżek, byle nie słodycze, bo ona się odchudza”) – i pierwsza, bojowa próba tego dnia. Zaliczone, wyjęłam wybraną wiązaneczkę z wiadra, babina nie patrząc na mnie warknęła cenę, nie patrząc wzięła monetę. Też było się czym stresować...

Druga próba była gorsza. Przed zakładem fryzjerskim zwolniłam kroku... Wejdę – nie wejdę? No muszę, bo wczorajszą extra-fryzurkę faktycznie szlag trafił po porannym myciu włosów. Coś tam z Dorotą zrobiłyśmy, ale to nie to.

No, mała. Odwagi. Przecież chcesz? Nie mów, że cię to nie kręci. Damski zakład fryzjerski. Baby pod kloszami. I ty między nimi, w dziewczęcych fatałaszkach, w pantofelkach na szpilce, z makijażem na buzi... Stuprocentowa kobieta. Panna Ala Mayerówna.

A jak mnie te baby rozpoznają? Zorientują się? Trzeba powiedzieć „dzień dobry”. A mutacja zrobiła swoje. Niby umiem napiąć struny głosowe i mówić znacznie wyżej, niż normalnie, ale nie chce mi się wierzyć, że ktoś to kupi. Ale będzie obciach...

Drzwi. Raz kozie śmierć. Weszłam. Uffff...

Zakład pusty o tej porze, Bożenka z koleżanką nad herbatą, milcząco machnęłam dłonią zamiast powitania, ona podbiegła, cmoknęła mnie z wyskoku...

I oto: kochana fryzjereczka szczebiocze, że piękne kwiatki i że niepotrzebnie – ale, że to miłe, że co za czasy – że dżentelmenem bywa już tylko kobieta i tak dalej... A ja nie słucham, bo patrzę na tę drugą. Kurczę, ona mieszka w sąsiedniej klatce, nie miałam pojęcia, gdzie pracuje, spotykamy się na zakupach w osiedlowym sklepiku, zna mnie jako Aleksa, parę razy zdarzało się nam zamienić kilka słów...

Mało dziewczęcym skokiem dopadłam fotela i pochyliłam głowę, oczekując kompromitacji. Ale mój Anioł Stróż był tego dnia na posterunku. Druga fryzjerka, zaczytana w gazecie, nie zwróciła najmniejszej uwagi na klientkę koleżanki. A potem wstała i poszła na zaplecze. Dwa zero dla Aleksandry...

– Ona wie? – szepnęłam.

– No coś ty... A mam jej powiedzieć? – zachichotała, drocząc się ze mną, Bożenka.

Kończyła już moją fryzurę, gdy pojawiła się pierwsza „normalna” klientka, zaraz po niej druga. Moja sąsiadka wychynęła z zaplecza i wzięła się do pracy... ale ja już byłam Alą. Dziewczyna nawet na chwilę zatrzymała na mnie wzrok, w którym było pytanie „skąd ja cię znam?” – ale najwyraźniej nie znalazła odpowiedzi i zajęła się czymś innym. Po chwili, zadowolona ze swego nowego odbicia w lustrze, mogłam już cmoknąć się pożegnalnie z Bożenką i wybiec na ulicę.

Szkoła... No, tu już zero stresu. Stare, ponure gmaszysko było tego dnia zaludnione najprzeróżniejszymi dziwadłami – i na tym tle, nawet gdybym prócz kiecki miała wąsy i indiański pióropusz, i tak prezentowałabym się zupełnie normalnie. Stara woźna Mazurkowa na mój widok sapnęła współczująco:

– A ty, dziecinko, czegoś się dzisiaj nie przebrała? Przecie to Prima Aprilis... Nie miałaś w co, bidulko? Aaa, widzę, żeś się wymalowała! No tak, w twoim wieku też marzyłam, żeby już być dorosłą kobietą...

W klasie zaliczyłam pełny sukces towarzyski. Co prawda, oprócz mnie jeszcze niejaki Mareczek wpadł na pomysł damskiego przebrania, ale pod względem jakości wykonania został w tyle o trzy długości...

Faceci usiłowali spacerować ze mną pod rękę. Kurdupli dumnie spuściłam po brzytwie, zaszczytu defilady przez korytarz „z taaaką laską” dostąpili jedynie dwaj wyżsi ode mnie (pomimo moich obcasów) koledzy. Mniejsi rekompensowali to sobie, klepiąc mnie czule po tyłku i łapiąc za biust – co znosiłam z godnością i tylko raz dałam takiemu w pysk...

Te szczeniackie pieszczoty były na swój sposób przyjemne – dawały mi poczucie większej kobiecości. O, młodzieńcza głupoto...

Za to z jednym z wysokich, Januszem Gilewiczem, nawet odtańczyłam walczyka. Próbowaliśmy też kankana na ławce, ale nie wyszedł. Co prawda moja spódniczka z falbaną świetnie się nadawała do rzeczonej choreografii, ale żadne z nas nie znało kroków...

Z drugim „dużym” – Jackiem Paprotą, szkolnym amantem i obiektem westchnień żeńskiej części klas licealnych I-IV – niestety nie udał się żaden taniec. Jacunio był pod specjalną opieką swej aktualnej właścicielki, Edytki Wachowiak... i ledwie cmoknął mnie w dłoń i objął w pasie, został niezwłocznie i brutalnie odholowany. Cóż – Edytka widocznie wyszła ze skądinąd słusznego założenia, że nieważna płeć, ważne uczucie... i postanowiła kasować w zarodku każdą konkurencję. Zdaje się, że mają dziś domek z ogródkiem i piątkę dziatek...

O ile zainteresowanie chłopaków Alką Mayer wygasało stopniowo po pierwszej przerwie – to z klasowymi dziewczynami było wręcz przeciwnie. Zaczęło się od fachowej recenzji mojego przebrania. Największą zazdrość wzbudziły buty. Na drugim miejscu uplasowała się spódniczka („dowiedz się koniecznie, gdzie kupiona, dobrze?”) Chwalono też fryzurkę i makijaż, natomiast bluzka – ku mojej furii – została oceniona przez areopag panien jako „zbyt ciotkowata i dobra raczej dla starej baby”. Phi! Ekspertki od siedmiu boleści!

Powoli, ale skutecznie wciągał mnie dziewczyński „krąg”... i nawet się nie obejrzałam, jak po czwartej lekcji wylądowałam na papierosie w damskim kibelku. Jakoś tak naturalnie się to wydarzyło... Po prostu, szłyśmy sobie rozchichotaną grupką, trzymając się pod ręce i plotkując, skręciłyśmy, weszłyśmy, zapaliłyśmy. Plotkując i chichocząc dopaliłyśmy i wyszłyśmy... I dopiero wtedy któraś z dziewczyn się zorientowała, że była wśród nich jedna „nietypowa”. No, i miałyśmy z tego niezły ubaw!

Nauczyciele różnie reagowali na nasze wygłupy. Ponura biologica starała się nie przyjąć do wiadomości wyjątkowego charakteru dnia i po prostu zrobiła swoje. Natomiast historyczka bawiła się z nami... Gdy wywołała mnie do odpowiedzi („a teraz Ala Mayerówna proszę... powiedz nam, dziewczyno...”), wstałam i odpaliłam bez namysłu:

– Ja, Pani Psorko?! Ja dzisiaj jestem nieprzygotowana, bo miałam wczoraj randkę z super-facetem!

Pani Profesor grzecznie przeprosiła i kazała mi siadać, uznając, że jest to istotna przyczyna zwolnienia od odpowiedzi.

– Aaala! A ile bierzesz za godzinę takiej randki? – rechotała męska część klasy...

Potem był jeszcze grupowy wypad na lody. I znów jakoś dziwnie wylądowałam wśród dziewczyn, tym razem wtulona na ciasnej ławce cukierni pomiędzy Beatę i Magdę... I faceci zmyli się zaraz na piwo, a myśmy zostały... chichocząc i plotkując o menach, ciuchach i kosmetykach, o jakimś filmie o miłości, o wierszach Baczyńskiego i o książkach Musierowicz... I było mi cholernie dobrze.

– Zaraz, moment... Stary, czy ty aby nie przeginasz? Jak tak dalej pójdzie, to skarpetki w staniku nie będą już wcale potrzebne, bo ci cycki nagle same wyrosną, jak się za bardzo wczujesz... – niespodziewanie zamruczał głos wewnętrzny barytonem Aleksandra.

– O! Aleks... To ty żyjesz? Nie łam się, przecież to tylko zabawa... – zaszczebiotała w odpowiedzi Alka.

Zabawa zabawą... Ale poczułam, że pora na chwilę samotności. Za dużo się wydarzyło od wczoraj, parę rzeczy trzeba było przemyśleć. Pożegnałam dziewczyny (z obowiązkowym cmokiem w kierunku ucha) i spacerkiem ruszyłam do domu...

Zboczeniec. No, pedał. Ciota. Mężczyzna powinien być wojownikiem, a nie malować sobie ryło i przebierać się w falbaneczki, bufki i koroneczki. I tak dalej...

Nie. Wcale nie. Fajna zabawa. Nieszkodliwa przecież. Wojownikiem potrafię być, jak trzeba, a na razie nie muszę...

I to odbicie w szybie wystawowej: mmmniammm! I ten stuk pantofelków. I ten wiatr pod spódnicą, pieszczący uda i pośladki. Klips ocierający się o obojczyk przy ruchu głowy. Zresztą, co ja się będę rozpisywała... Przecież wiecie, prawda? A kto nie wie, niech żałuje.

Z rozważań wyrwał mnie pisk opon o metr ode mnie. Jakim cudem nie rypsnęłam jak długa i nie połamałam nóg, wykonując w szpilkach instynktowny odskok, nie wiem sama do dziś. Znów Anioł Stróż się zlitował... No tak, zamyślona i tępo wpatrzona w nogi laseczki idącej trzydzieści metrów przede mną, wlazłam (jak ta krowa) na pasy już na czerwonym świetle! Cóż, nogi były w mini i dobre. W przeciwieństwie do wściekłej mordy taksówkarza, rozmiar maxi, wychylonej z okna białego „poloneza”:

– Jak leziesz, idiotko?! Chłopa ci może trza?! A do garów, dzieci niańczyć, a nie pod kołami się szwendać!

Pchnięta impulsem, bez namysłu, zamiast albo przeprosić, albo odpyskować... uśmiechnęłam się ładnie, podniosłam dłoń do ust, czerwonymi wargami wykonałam w powietrzu przepiękne „buzi” i chuchnięciem posłałam je taksiarzowi. Zgłupiał i zastygł z rozwartą paszczą.

Rozejrzałam się. Taksówka stała, a kierowca dochodził do siebie, wietrząc czarne uzębienie. Na przeciwległym pasie stał „maluch”, zza kierownicy którego starszy pan w kapeluszu gapił się w mój biust i uprzejmym gestem zapraszał, żebym szła dalej mimo czerwonego, on przecież poczeka... i pomarzy sobie, patrząc na mój tyłeczek i nogi znad kierownicy. Za obydwoma autami narastała kolejka innych. Odezwały się jakieś klaksony. Trzeba było coś z tym zrobić...

– Uważaj trochę, dziewczyno, za młoda jesteś przecie i za ładna, żeby się dać tak po prostu zabić... – to mój taksiarz odzyskał mowę.

Jaki milutki, hihi... Uśmiechnęłam się powtórnie i (w trosce o płynność ruchu w centrum miasta) tanecznym kroczkiem opuściłam wreszcie skrzyżowanie. Po drodze puściłam oko do pana w „maluchu” i też posłałam mu całuska. To pewnie przypadek, ale zaraz potem, przy próbie ruszenia, zgasł mu silnik. Klaksony wyły za moimi plecami już na dobre...

Oddaliłam się co-nieco, znalazłam ławkę i usiadłam. Zdecydowanie, miałam nowy materiał do przeanalizowania (ech, potęgo kobiecości...) – ale nie chciałam już ryzykować myślenia i chodzenia naraz. To widać za dużo dla panny w moim wieku.

– Jak czołg T-34 pierwszych generacji... – powiedziałam do siebie – ...albo jechał, albo strzelał...

Słoneczko świeciło, ptaszki śpiewały, w Czernobylu dojrzewała katastrofa, a ja – Alka Mayerówna – siedziałam na tej ławeczce i myślałam. Nonszalancko zarzuciłam nogę na nogę, poprawiłam falbanę spódniczki i zapaliłam papierosa. Nie zdążyłam się zaciągnąć trzeci raz, gdy...

– Sodomia-gomoria, już za grosz przyzwoitości, żeby się kobieta tak w miejscu publicznym rozwalała... i to jeszcze z papierochem... Wstydu toto nie ma... – babcie, okupujące sąsiednią ławkę, były z lekka zgorszone moim zachowaniem.

Oszczędziłam starszym paniom zarówno całusa, jak i riposty sznaps-barytonem. Spokojnie dopaliłam papierosa, peta grzecznie rozgniotłam o beton i wyrzuciłam do kosza, po czym ruszyłam do domu. Okazuje się, że na świeżym powietrzu nie jest się łatwo skupić – zwłaszcza ładnej kobiecie... Może więc w zaciszu czterech ścian? Też nie było mi dane.

Już z daleka widziałam idącą z przeciwnej strony Dorotę. Jakbyśmy się umówiły... Szła z drugą dziewczyną. Im były bliżej, tym ta druga robiła się piękniejsza... a ja, nie wiedzieć czemu, wciągnęłam brzuch, wypięłam pupcię, poprawiłam dłonią włosy i zaczęłam staranniej stawiać kroki.

Była wyższa od Doroty o pół głowy (a obie miały podobnej wysokości szpile, gdzieś po 12 centymetrów). Na mnie też patrzyła z góry... Licząc moje 177 plus jakieś 8 obcasa, to dawało imponujący wynik! Aż się zastanowiłam, czy to aby nie przebrany facet, ale nie – wąziutkie, niebieskie dżinsy nie tylko eksponowały świetne nogi... wyraźnie można było ocenić delikatne zaokrąglenie bioder i bezdyskusyjną płaskość podbrzusza. Pod czarnym, elastycznym golfikiem rysowały się kształtne piersi, ewidentnie pozbawione ochrony stanika... ale najlepsze było powyżej. Piękna, rasowa twarz o wyraźnie orientalnym rysie, wielkie, ciemne, ciut skośne oczy, lekko zadarty nosek, śniada cera, dyskretny makijaż, krótkie, zupełnie chłopięce, granatowo-czarne włosy o niezwykłym połysku. Poezja.

– Ewa jestem!

Miała silny, niemal męski uścisk dłoni. Tym razem nie było żadnego cmokania się w uszko. Ach tak, koleżanka Doroty z drużyny. Siatkarka. Reprezentantka... No, prawie. Mieli ją powołać na ostatnie zgrupowanie, ale nie powołali. Idioci. Ja bym ją powołała, nawet jakby nie umiała trafić w piłkę...

– A to moje dzieło... Niezła laseczka, nie, Ewuś? – Dorotka najwyraźniej zdążyła wtajemniczyć koleżankę w szczegóły naszej akcji.

Cholera, lepiej byłoby cię spotkać, zjawiskowa Ewo, nie będąc w makijażu. Kurczę, ja w kiecce, ona w spodniach. Ale numer...

Już po chwili siedziałyśmy u Doroty w pokoju. Jej mama wniosła herbatę („macie, dziewczyny, bo wy pewnie prosto z uczelni... a nie zjadłybyście czego?”) ... i nie poznała mnie?! Z odległości metra? Sąsiada, którego przecież zna od lat?! Wzięła mnie za studentkę, koleżankę córki. Jezu, ten świat oszalał...

Swoją drogą, strój, makijaż i sztuka fryzjerska czynią cuda.

Musiałam opowiedzieć dziewczynom wszystko po kolei, ze szczegółami. Zaśmiewały się do łez: z moich przeżyć u fryzjera, z kankana i zazdrosnej Edytki, z wizyty w damskiej toalecie i z zatrzymanego ruchu na skrzyżowaniu. Potem zeszło na inne tematy... i znów ani się obejrzałam, jak stanowiłam integralną część damskiego zespołu plotkarskiego. Ewa miała podobne do Doroty poczucie humoru, więc – nadając na tych samych falach – po kwadransie czułyśmy się ze sobą, jak stare kumochy... I za oknem zapadał zmierzch, a my pytlowałyśmy w najlepsze.

Ale tym razem wewnętrzny głos Aleksandra nawet nie mruknął. Czyżby dlatego, że gdy Ewa – chyba w normalnym dziewczęcym odruchu – wzięła mnie w pewnym momencie za rękę, a po chwili zaczęła od niechcenia bawić się kosmykiem moich włosów, zaczęło się ze mną dziać coś dziwnego?

Teraz to już ja, wcale nieprzypadkowo, szukałam fizycznego kontaktu z Ewą. Ja, Alka – czy on, Aleks? Nieważne. Któreś z nas, a może oboje? Sięgając po szklankę, oparłam dłoń na jej kolanie. Okej, nie zareagowała. Potem, przepuszczając Dorotę sięgającą po coś na półkę, przytuliłam się biodrem do biodra i ramieniem do ramienia... Nie odsunęła się, a miała gdzie. To fascynujące, że kobiety nie razi fizyczny kontakt z inną kobietą (ani z chłopakiem, przebranym za kobietę, okazuje się...) Facet, do którego przysuwa się drugi samiec, odskakuje albo odpycha. A one nic... Przytulają się i całują...

W końcu rozsądek wziął górę. Dziewczyny zmyły mi makijaż i pomogły trochę przywrócić fryzurę do normalności. Oddałam Dorocie biżuterię i poszłam na górę się przebrać.

Kiedy po kilkunastu minutach Aleksander, w sztruksowych spodniach i flanelowej koszuli, niosąc pod pachą zawiniątko z butami, spódnicą i bluzką, zapukał do mieszkania Doroty, otworzyła mu jej matka. Patrzyła na chłopaka dziwnie... chyba dopiero teraz zaczęła coś kojarzyć...

Aleks przeszedł przedpokój, nacisnął klamkę i wszedł do pokoju koleżanki. Ewa i Dorota odskoczyły od siebie na kanapie. Dorota, odbierając ciuchy, poprawiała włosy.

– To co, w sobotę na działce, drogi kolego?

– Płacę swoje długi... Masz tam już prawie porządek – uśmiechnął się.

I bardzo długo nie mógł potem zasnąć, pomimo zmęczenia. A rano, po przebudzeniu, ze zdziwieniem skonstatował, że nie śniły mu się wcale przebierankowe ekscesy, jak mógł się spodziewać. Śniła mu się Ewa. Całująca się z nim namiętnie w jakiejś romantycznej scenerii.



No teraz, to ciąg dalszy z całą pewnością powinien nastąpić – bo inaczej byłoby to lekkie świństwo wobec czytelnika, nieprawdaż? Więc nastąpi. Spox.

Opublikowane przez:
Alex -
Alex




Do artykułu dodano 80 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Pamiętnik Alex

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8346
On line: 41
Zalogowani: klaudia_k
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci
Oscar Wilde

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl