close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Niedziela, 2019-10-20

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8256474, ilość odsłon: 65185832
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
2019.10.22 Katowice. Dyżur psychologa (35419)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (6614)
2019.10.15 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (35870)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (59325)
Sobota nad morzem. (12180)
Oczami Nowicjuszki (15807)
Do trzech razy sztuka czyli ... (17857)
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2019 (30322)
Spostrzeżenia z życia transki (22101)
Trans Sylwester w Tęczówce (28660)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (714684)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (613669)
Strony prywatne (385852)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (336980)
Zakupy za granicą (303496)
Wiązanie krawata (281949)
Jaka fryzura? (246097)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (245817)
Zakupy w Polsce (236950)
Zestawienie rozmiarów obuwia (232199)
...więcej...

Powrót do: Opowiadania

Fetyszysta (fragment)
Liczba wyświetleń: 28223


W skrócie:Autor: Sławomir Łuczak www.luczak.vel.pl

Do artykułu dodano 3 komentarzy. Pokaż komentarze.
Najbardziej fascynującą częścią kobiecej garderoby są pończochy - czarne, szare, cieliste, czerwone, białe, jakiekolwiek; cudowna lekkość lśniącej materii spływająca po soczystych udach; wspaniały blask czerni połyskujący w letnim słońcu - magia delikatności. Mój świat. Moja pasja. Bywały dni, kiedy zakładałem pończochy żony, stawałem przed lustrem i wyobrażałem sobie, że lustrzane odbicie nie należy do mnie, lecz do jakiejś bogini, która za chwilę zmaterializuje się i wyszepta perłowym głosem - "Oto jestem. Cała twoja".

Przyznacie, że to dość śmieszne, aby trzydziestoparoletni facet paradował przed lustrem w bieliźnie żony; trzydziestoparoletni faceci, jakich udało mi się w życiu poznać zazwyczaj byli zajęci skutecznymi formami zrzucania zbędnej ilości kilogramów, majsterkowaniem, budowaniem domu, płodzeniem potomstwa, wędkowaniem oraz próbą realizacji młodzieńczych marzeń w postaci wyprawy na Antarktydę lub skoku bez spadochronu z wysokości sześciu tysięcy metrów; byli zaabsorbowani planami skutecznie wybijanymi z głów przez stojące na twardym gruncie żony. Oczywiście, moja żona nic nie wiedziała o moich pasjach; nie zamierzałem ich przybliżać, wiedząc, że w chwili wyrzucenia ich z siebie zaczęłaby traktować mnie jako obłąkanego, zdegenerowanego szaleńca, czego prawdopodobnie oboje byśmy nie znieśli.

Ostatecznie, wszyscy pielęgnujemy własne szaleństwa, dbamy o nie każdego dnia, karmimy, aby nie zwiędły i nie rozleciały się, niczym stłuczone lustro, na tysiące drobnych kawałków, których nie umielibyśmy złożyć już w jedną logiczną całość. Im bardziej usiłujemy zapomnieć o własnym szaleństwie, tym mocniej ono się pojawia. Jest niezłomne w swoich dążeniach i w końcu przegrywamy z nim na tych kilka ulotnych minut, próbując przekonywać się w powodzi wyrzutów sumienia, że wciąż jesteśmy normalni i bez obawy możemy spacerować do naszych kościołów na rękach trzymając nowo narodzone dzieci.

Codzienność pozbawiona pierwiastka szaleństwa przypomina surową pustynię; można nią kroczyć, jednak wcześniej czy później każdego wędrowca dopada olbrzymie pragnienie odnalezienia pośród bezmiaru piasku czegoś diametralnie odmiennego niż ziarno - wielcy filozofowie marzą, aby choć na chwilę stać się bezmyślnymi tępakami i oddać się we władanie najbanalniejszych przyjemności, postrzeganym do tej pory przez przeintelektualizowane narzędzia poznania jako niegodne homo sapiens; szewcy chcieliby wąchać kobiece stopy; chirurdzy zagłębiać się w ludzkich trzewiach w absolutnie nie medycznym celu, a księża choć na chwilę wdziać na siebie sutannę potępionych i zasmakować owoców na co dzień dla nich zakazanych. Z szaleństwem się nie wygrywa, lecz - niczym przed kobietą - otwiera drzwi do umysłu, wpuszcza je i marzy, aby trwało wiecznie.

MOJA ŻONA
- Zaczęłam podejrzewać, że chodzi w mojej bieliźnie. Grzebał w moich szafkach, tego byłam pewna. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałam, ale któregoś dnia zrobiłam test - ułożyłam swoją bieliznę w konkretnym miejscu, w określonej pozycji; następnego dnia znalazłam je ułożone zupełnie inaczej. Dowód winy, dowód zbrodni.
Z przerażeniem pomyślałam - mam w domu zboczeńca.
Czy chciałby pan mieszkać w jednym domu ze zboczeńcem?
Zajęłam się poważniej studiowaniem zjawiska fetyszyzmu; sięgnęłam po fachową literaturę, rozmawiałam z seksuologiem, jednak kiedy opisywałam domniemane symptomy nikogo to nie interesowało. Jeśli sam nie dojdzie do wniosku, że jego sekretne zabawy stanowią problem, powinna pani zupełnie się tym nie przejmować, usłyszałam.
Próbowałam zrozumieć, jednak myśl, że mąż stoi przed lustrem w pończochach nie napawała mnie optymizmem; nie wiedzieć czemu, skoro tak naprawdę nigdy nie darzyłam go specjalną namiętnością. Właściwie, powinnam pozwolić mu na wszystko; na każdą formę dewiacji... może najbardziej dręczył mnie fakt skrzętnie skrywanej tajemnicy, że coś przede mną ukrywa, a ja mogę się tylko domyślać. Zawsze wiedziałam, że nasze małżeństwo da się określić w trzech kolejnych punktach - A, ślub; B, pozornie szczęśliwe trwanie obok siebie; C, marna końcówka. Jako że byłam coraz bliżej punktu C, przestałam się przejmować jego ukrytymi pasjami. Przymknęłam oczy. Myśli pan, że to nie jest chore? Paradować po domu w bieliźnie żony? Cholera, a może pan też tak się zabawia, kiedy żona znika za drzwiami, co? Boże, czy wy wszyscy musicie być tacy szaleni i ekscentryczni?
Dziećmi też się pan zachwyca?


Życie rządzi się swoimi przypływami i odpływami - jednego dnia jesteśmy szczęśliwi i ową prymitywną formą radości pragniemy dzielić się z bliźnimi; innego trafia nas szlag, zalewa gorycz, a jedynym marzeniem na jakie stać nasz zblazowany umysł to pistolet maszynowy konstrukcji Kałasznikowa wypluwający z siebie dziesiątki pocisków w tłum ludzi - tak, w ten sam tłum, który jeszcze nie tak dawno pod wpływem nieokiełznanej radości chcieliśmy częstować swoją miłością, ostatnią koszulą i ciepłym słowem.

Do czego zmierzam?

Do pewnego popołudnia, kiedy wróciłem na chwilę do domu z pracy, przeklinając pod nosem pieski świat i pieską robotę, złorzecząc zakorkowanym ulicom, piątkowej nawałnicy zajęć oraz atakom irracjonalnego lęku, nawiedzającym mnie od samego rana. Winda, czwarte piętro, ukłon dozorczyni zmagającej się z pomnikiem ludzkości w postaci pokaźnego ekskrementu umieszczonego kilka metrów od drzwi windy (dlaczego właśnie na moim piętrze?), korytarz, rozpaczliwe przeszukiwanie kieszeni w poszukiwaniu klucza, odnalezienie go w torbie, otwarcie drzwi i... świat stający w miejscu. Żona z innym facetem. Kwiat moich marzeń nago w ramionach jakiegoś umięśnionego tępaka ze spojrzeniem orangutana. Moja pieśń, moja symfonia, mój poemat zabawiający się na wszystkie możliwe sposoby w moim własnym domu. Co robić? Co robić? Echo jednego pytania rozpoczęło wściekłe harce w labiryncie umysłu, a mnie wydawało się, że próba odpowiedzenia na to pytanie trwa tysiąclecie, podczas gdy w rzeczywistości ocierała się o sekundy. Nóż leżał w kuchni, bardzo blisko mnie. Mogłem podnieść go i podejść do pary cudownych kochanków i zatopić w nich chłodne ostrze, a potem usiąść w kałuży krwi, wyciągnąć telefon komórkowy, zadzwonić po policję i pełnym beznadziei głosem przyznać się do popełnionej zbrodni. Po chwili pojawiliby się smutni panowie, którzy podnieśliby mnie z ziemi, odczytali moje prawa i zawieźli do miejsca, gdzie słońce ogląda się raz na jakiś czas podczas krótkich, choć regularnych spacerów.

Nie podniosłem noża, nie rzuciłem się na nich z tępą wściekłością, lecz pozostawiłem ich z całą magią erotyki, zamykając za sobą drzwi i kolejny etap swojego życia. Nie zastanawiałem się nad tym, że być może zasługuję na to, aby być zdradzanym; nie pomyślałem o tym, że moja żona ma już trzydzieści pięć lat, mnie od lat dziesięciu, porażającą świadomość upływającego czasu oraz swoje potrzeby, zazwyczaj nigdy nie rozumiane przez mężów, za to idealnie rozpracowywane przez kochanków jedno lub wielokrotnego użycia.

Mogłem tylko zawyć.

MOJA ŻONA
- Chciałam, naprawdę chciałam z nim porozmawiać, nie potrafiłam, a teraz o tym opowiadam. Leżę na pańskiej kozetce, płacę pieniądze, a pan ma mnie słuchać. Jest pan specjalistą od ludzkiej psychiki, a może duszy? Sama nie wiem... Gdyby to było takie proste, nie przyszłabym tu, aby wpatrywać się w sufit i próbować złożyć w jedną logiczną całość tego, co stało się z moim życiem. Sama nie wiem... Nawet nie potrafię odpowiedzieć na pytanie czy kiedykolwiek go kochałam. Wyobraża to pan sobie? Po tylu latach małżeństwa, po takiej ilości wspólnych wspomnień leżę na pańskiej kozetce, a jeszcze dwie godziny wcześniej kochałam się na innym łóżku z najwspanialszym kochankiem świata i nie był nim mój mąż. I niczego nie żałuję, nie chcę żałować! Chcę o tym opowiadać, nawet jeśli muszę za to płacić. I będę płacić. Za swoją historię. Za swoje przeżycia, za wszystkie orgazmy. Pan wie co to jest kobiecy orgazm? Pan nie wie, pan nie może sobie nawet wyobrazić, jest pan na to za mały w tym swoim wygodnym fotelu i z wyrazem zainteresowania na ustach; zainteresowania, za które płacę. Żaden mężczyzna tego nie potrafi. Wasz żałosny wytrysk... i koniec. Moje drżenie całego ciała; w środku, w każdym nerwie, w każdej tkance, w każdej kropli krwi. Czy nie warto tego pożądać? Czy nie warto za tym biec? Być może na łożu śmierci dojdę do wniosku, że nie pamiętam niczego prócz orgazmów. I co wtedy? Z mężczyzną to nie to samo, co orgazm z wibratorem. Przedmiot nie rozgrzewa, nie bije mu serce, nie oddycha ciężko, nie poci się, nie gryzie sutków, nie kąsa, nie jest wulgarny. Wibrator to jeden z miliona śmieci produkowanych na całym świecie. Nic więcej. Nie ma nawet posmaku przygody, no... może na początku, ten pierwszy z nim raz. Później tylko drażni i zaostrza apetyt.

Zadzwoniłem do pracy. Dzisiaj już mnie nie będzie. Dlaczego, dlaczego? Problemy zdrowotne? Tak, na myśl o tym, że moja żona baraszkuje w łóżku z innym mężczyzną za chwilę może wysiąść mi serce; na myśl o tym, że stałem się rogaczem mogę dostać wylewu, epilepsji lub jakiegoś innego gówna, które skutecznie wypchnie mnie poza obręb rzeczywistości. Taksówka. Rynek Główny. Byle do knajpy, do pierwszego lepszego ogródka restauracyjnego. Co podać? Setkę i piwo. Niech żyje kawalerka!

Wokół mnóstwo ludzi. Siedzieli, śmiali się, opowiadali dowcipy z tym dobrotliwie otumanionym wyrazem twarzy, a mnie marzył się pistolet maszynowy i długa seria oddana bezpośrednio w obrzydliwe uśmiechy. Słońce prażyło. Lipcowy upał. Kobiety w krótkich spódniczkach, w pięknie lśniących rajstopach i pończochach, jednak ja nie mogłem skoncentrować się na ich urokliwym powabie. W głowie chaos. Tysiące myśli, niczym supernowa, gnało po wąskich ścieżkach umysłu. Nic nie miało sensu. Wszystko było złe. Każda myśl, każda idea. I nie zanosiło się, że jutro okaże się łaskawsze. Każdego następnego dnia będę zalewany oceanami smutku i goryczy; każdego następnego dnia będę marzył tylko o wieczorze i kilku szklankach piwa wypitych w wieczornej knajpie, potem o jak najszybszym śnie.

Co mi pozostało? Koło ratunkowe, telefon do przyjaciela czy pytanie do publiczności? Jeszcze nie tonąłem, zatem odrzuciłem pierwsze; publiczność była tak zainteresowana meandrami mojego życia jak przeciętny Żyd rozwojem niemieckiego przemysłu, zatem, wybrałem rozwiązanie drugie. Bernard nie był gejem, choć kawalerski stan oraz jego imię - tak sobie żartowaliśmy - ewidentnie na to wskazywały. Marnował się na jakiejś nudnej i ciepłej posadce wieczorami pisząc romanse historyczne, mające przynieść mu sławę i uznanie. Przeczytałem jedną z jego szufladowych powieści i niestety musiałem przyznać w duchu, że Bernard był znacznie lepszym przyjacielem, niż autorem. Mam nadzieję, że mu tego nie powiecie.

Bernard od wielu lat szukał kobiety z niemalże takim samym powodzeniem jak wydawcy. Marzył o jakiejś inteligentnej blondynce, a los podtykał mu niewydolne brunetki; marzył o ciepłej brunetce, której spłodziłby potomka, dostawał napaloną blondynkę, zabawiającą się z nim i z wszystkimi jego znajomymi. W pewien metafizyczny sposób Bernard zaliczał się do zdołowanego grona permanentnych pechowców, a najgorsze było to, że doskonale o tym wiedział. Wielokrotnie próbowałem go pocieszać i wskazać jakąś lepszą drogę, jednak - cóż z tego - on uparcie wracał na dobrze znane ścieżki pechowych przypadków i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, jak choćby cała ta historia z Klarą. Zakochał się w niej jak szczeniak, biegał wokół niej z wywalonym jęzorem, licząc, że ta - podczas kolejnego rozstania ze swoim szalonym facetem - rzuci mu się w ramiona i pozwoli się porwać do królestwa romansów historycznych, zupek w proszku oraz niedzielnych wypadów do zoo. Niestety, Klara w uroczy sposób wodziła go za nos, przyjmowała prezenty, jednak zawsze wracała do swojego Waldemara lub on powracał do niej, podczas gdy Bernard szedł w ewidentną odstawkę. Ta sytuacja zawsze go przygnębiała i kiedy dobiegała do kolejnego finału, odgrażał się, że pieprzy Klarę, pieprzy jej wielkie piersi, niebieskie oczy, jednak jej kolejny telefon sprowadzał go do parteru rzeczywistości i pozostawało mu tylko gnać z wywieszonym ozorem wprost do jej mieszkania i przepastnego łóżka.

Biedny Bernard.

MOJA ŻONA
- Nasz seks przedmałżeński nigdy nie był rewelacyjny, a mimo to zostałam jego żoną. Potocznie nazywa się to małżeństwem z rozsądku. Sama nie wiem... Był mi potrzebny, tak potrzebny. Byłam zrozpaczona, samotna, podłe uczucie. Poprzedni mężczyzna był moim życiem - odszedł z inną, a ja wiedziałam, że mój następny facet, kimkolwiek będzie, cokolwiek zrobi, będzie cierpiał. Zemsta zaplanowana. Zemsta na wszystkich mężczyznach świata kryjących się w ciele jednego mężczyzny, mojego męża. Zemsta perfidna i ostateczna. To nie moja wina, proszę pana, nie. Nie mogę się za to obwiniać, rozrywać szat i wmawiać sobie, że nie powinien zobaczyć mnie w łóżku z innym mężczyzną. Zemsta dokonana, zemsta wypełniona. Myśli stały się ciałem, a nawet dwoma ciałami. Czy warto się mścić?
Niech pan zapyta Boga.


PSYCHOANALITYK ŻONY
Oczywiście, nie była pierwszą kobietą w mojej praktyce, która pozwoliła sobie zachłysnąć się namiętnością poza małżeńskim łożem. Spotkałem ich sporo. Niektóre tłumaczyły się i błagały o rozgrzeszenie, a ja musiałem je uświadamiać, że konfesjonał znajduje się kilka przecznic dalej; niektóre były wręcz zadowolone z kopulacyjnych uniesień i uroczyście zapewniały, że od tej pory zrozumiały jak wiele traciły u boku męża, który dawno już zapomniał jak posługiwać się swoją szabelką. Pamiętam dobrze, że pierwsze tego rodzaju zwierzenia wprawiły mnie w zakłopotanie i natychmiast dała o sobie znać męską solidarność. Jak one mogły to robić, tak na boku, tak bez męża? Dopiero potem przyszło olśnienie; zacząłem być bardziej obiektywny, zacząłem więcej rozumieć. Wy też powinniście, oki dej?

- Wyglądasz fatalnie - Bernard poklepał mnie serdecznie po ramieniu. Prawdziwy przyjaciel, prawda? - Jakieś problemy?

W kilku zdaniach streściłem mu ostatnich kilka godzin mojego życia, używając przy tym wielu gestów oraz setek słów nie licujących z godnością ubranego w garnitur trzydziestoparoletniego faceta.
- Oprócz tego, wszystko w porządku... - dodałem z wymuszonym uśmiechem.
- Widzę jedną pozytywną stronę
- Cały zamieniam się w słuch?
- Dobrze, że nie macie dzieci.
- O, łaskawco! - warknąłem poirytowany. - Czy potrafisz znaleźć w mojej sytuacji jeszcze jakieś pozytywne strony?
- Nie złość się tak. Napij się wódki, przepij piwem, nie wracaj dzisiaj do domu...

Dobre rady Bernarda. Napij się wódki, etc. Następnie Bernard perorował mi, że w życiu każdego małżeństwa wcześniej, czy później pojawia się kryzys, że nie jestem osamotniony w swojej rogaciźnie i że powinienem rozwiązać ten problem metodą rozmów oraz pojednania w imię dalszej miłości i wspólnych ciepłych obiadów lub poszukać kolejnej miłości swojego życia, najlepiej dwudziestokilkuletniej młódki, która będzie wpatrywać się we mnie z zachwytem i przy której ponownie poczuję się stuprocentowym samcem. Zadziwiająca mowa kogoś, kto absolutnie nie miał pojęcia czym jest małżeństwo i jakimi się rządzi prawami.

Bernard mówił, Bernard bardzo dużo mówił. Planował moją przyszłość, układał plan kolejnych dni, a każdy z jego pomysłów był równie absurdalny. Chwilami nie mogłem go słuchać, jednak musiałem - był moim przyjacielem, a tych słucha się zawsze, niezależnie od tego jak bardzo nieprzyswajalne idee usiłują sprzedać.

Dobre rady Bernarda. Problemy złudnie zmniejszały się z minuty na minutę, aby nazajutrz zaatakować ze zdwojoną energią, wraz ze swoim najdroższym przyjacielem, kacem.

Na moje szczęście, Bernard nie miał zbyt wiele czasu i nie mógł dłużej przekonywać mnie, że mój problem jest niczym w porównaniu z wirusem ebola, chorobą wściekłych krów i ogromnym bezrobociem trawiącym nasz kraj. Bernard odszedł do romansów historycznych, do tkanej na, niestety, własny użytek fikcji, do kawalerskiego domu wypchanego po brzegi książkami, starymi gratami oraz imponującą ilością pocztówek z całego świata, dumnie wyeksponowanych na niemal wszystkich ścianach.

Zostałem sam. Jak pies. Jak palec. Jak kamikadze. Jak cholera-wie-kto.

MOJA ŻONA
- Czy mógł czuć się samotny? Z pewnością. Ostatni rok naszego małżeństwa był wyjątkowo chłodnym okresem. Sądzę, że oboje czuliśmy się samotni, zamknięci we własnych pokojach, w innych łóżkach, marzący o wielkiej namiętności, nienawidzący siebie nawzajem, zastanawiający się, co skłoniło nas do małżeństwa, jakaż idiotyczna myśl, jakież żałosne przekonanie, jakież iluzoryczne uczucie. Czułam się samotna od samego początku; od pierwszych dni, od pierwszego pocałunku. Samotność skrywana wewnątrz siebie, głęboko; samotność, którą chciałoby się pokazać całemu światu, jednak ten przeważnie nie jest nią zainteresowany. Samotność długodystansowa. Czuł się pan kiedyś samotny, nie rozumiany, zapomniany? Tak? Proszę wybaczyć tak głupie pytanie... Oczywiście, czuł się pan. Ale w końcu pojawił się ktoś, dzięki komu samotność mijała, prawda? Czekał pan na to? Łudził się każdego dnia? Pragnął? Więc może zrozumieć pan, dlaczego już na początku małżeństwa wiedziałam, że kiedyś go porzucę. Mam nadzieję, że mnie pan zrozumie. Po to tu jestem. Nazwijmy to oczyszczeniem.

MOI KUMPLE
Myślicie, że byłem jedynym fetyszystą świata. A Przemo? Jaro i Adrian? Jeden z nich zachwycał się stringami, drugi ciężkimi motorami, a trzeci był zapalonym wielbicielem używanej bielizny, którą kupował na różnych stronach internetowych. Adrian dodatkowo miał niezłą kolekcję lateksowych butów przechowywaną w strachu przed żoną w mrokach piwnicy. Czasami któryś z nich (wyłączając Jara, który był motorowym fetyszystą) pokazywał mi używane majteczki, rajstopy - szczycił się tym zupełnie jakby istotę jego kolekcji stanowiły klejnoty władczyni alternatywnego świata.

- O, spójrz na te stringi - powiedział kiedyś Adrian. - Nosiła je Kasia, młoda i debiutująca gwiazdka porno. Chcesz powąchać?

Nie wiem dlaczego, ale najczęściej nie chciałem.

Możecie w to uwierzyć?

Spotykaliśmy się często w pubie - Adrian przynosił notebooka i pokazywał najnowsze kolekcje fot ściągniętych z sieci. Miał gust, miał cholernie dobry gust i nadzwyczaj wyczulony zmysł estetyczny. Dzięki niemu obejrzałem najcudowniejsze ujęcia kobiecych nóg w pończochach, rajstopach, lateksowych wdziankach; kobiet uprawiających pissing i zabawiających się ze sobą w najbardziej namiętnych lesbijskich scenach. Mężczyźni z innych stolików z ciekawością zaglądali nam przez ramię; kobiety gromiły ich wzrokiem, a my uśmiechaliśmy się radośnie, zamawiając kolejne piwo. Urocze wieczory spędzane w gronie ludzi rozumiejących moje potrzeby. Spotykaliśmy się co tydzień, regularnie w każdą środę. O godzinie dwudziestej trzynaście. Właściwie moglibyśmy umawiać się o dwudziestej, jednak te dodatkowe trzynaście minut było fanaberią Przema, który uwielbiał tego rodzaju zagrywki; potrafił opowiadać o tym godzinami; truł dupę z tym swoim pedalskim grymasem twarzy, a my zalewaliśmy się śmiechem. Twierdził, że jest najskrupulatniejszym drobiazgowcem świata. Szczerze mówiąc, początkowo nie rozumieliśmy tego terminu, jednak później, znacznie później, być może po wielu przegadanych wieczorach, po wywleczeniu ostatniej kropli idei z naszych czaszek, Przemo stwierdził, że drobiazgowość w jego wydaniu polega na fanatycznym dostosowywaniu swojego życia do królestwa cyfr.

- Jeśli nastawiam budzik, to nie na siódmą, a na siódmą dwie. Rozumiecie? Kiwaliśmy głowami, jednak żaden z nas wciąż nie pojmował w czym rzecz. W istocie, nie było to jednak najważniejsze. Liczyły się wieczorne spotkania będące wyrafinowanymi liniami odgraniczającymi nas od czczonych małżonek; naszą jedyną oazą szaleństwa i nie skrępowania - wolnością absolutną.

Często siedziałem wśród nich w absolutnym milczeniu, nie koncentrując się na toczącej się dyskusji o najnowszym filmie Jenny Jameson, Sylvii Saint czy Stacey Valentine; siedziałem wpatrując się w biel ściany i czując, że obślizgły gad szaleństwa wgryza się w mój mózg; wpija się z agresywną mocą, dopraszając się, abym napisał o nim powieść; gad absurdalnych dyskusji i panicznego strachu przed chorobą nowotworową; gad pijanych nocy i osłabionych małżeńską rutyną emocji seksualnych; dziecię chorej namiętności tej starej dziwki rzeczywistości oraz kopulujących z nią każdego dnia w lesbijskim pędzie zasad i konwenansów; wnuk chuja stwórcy, który za kilkanaście lat nie okaże się nikim innym jak największym z ćpunów zawieszonych na firmamencie nieba; brat obłędu, schizofrenii i chorób wenerycznych; daleki kuzyn dewiacji - pierdolony gad w mojej głowie.

Próbowałem się od niego uwolnić, zacząć rozmawiać z przyjaciółmi, wejść na ich planetę, jednak gad wyżerający mi mózg absorbował mnie stokroć mocniej; siedziałem i chciałem wyć z bólu, ponieważ ten perfidny substytut zwierzęcia konsumując teraźniejszość zostawiał mi fragmenty zdjęć z przyszłości, której chyba nigdy nie chciałbym zaznać. Widziałem tam rzeczy straszne, o jakich wam, zamkniętych w ciepłych domach i posadkach, nigdy się nie śniło. Gad szaleństwa w mojej głowie szczerzył kły w obrazoburczym grymasie i kopulował sam z sobą; wsadzał swojego oślizgłego penisa prosto w swój odbyt; ciągnął druta z gracją profesjonalistki, tryskał nasieniem wprost na swój obrzydliwy korpus i śmiał się, głośno się śmiał - z mojego lęku, mojej niepewności, moich najbardziej skrywanych myśli. Wszelkie próby porozumienia się z nim spełzały na niczym - wyżerał mój mózg, kawałek po kawałku i nie chciał dyskutować; całe jego ciało wydawało się krzyczeć, bym zostawił go w spokoju. Moi koledzy nie dostrzegali tego, co działo się wewnątrz mnie. Siedzieli i rozmawiali. Pili i zanosili się śmiechem. Doprawdy, bez nich oszalałbym w mgnieniu oka.

Sławomir Łuczak
Zaczerpnięte z miesięcznika www.ha.art.pl


Do artykułu dodano 3 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Opowiadania

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8346
On line: 34
Zalogowani: klaudia_k
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci
Oscar Wilde

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl