close

Informacja dotycząca plików cookies
Informujemy, że używamy informacji zapisanych na urządzeniach końcowych użytkowników przy pomocy plików cookies, w celu dostosowania naszego serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników. Pliki cookies użytkownik może kontrolować za pomocą ustawień swojej przeglądarki internetowej. Korzystanie z naszego serwisu internetowego oznacza, że użytkownik wyraża zgodę na ich zapisywanie. Zgadzam się, nie pokazuj więcej tej informacji
Szczegóły polityki cookie

 Czwartek, 2019-12-12

  Najstarszy w Polsce portal o crossdressingu i transpłciowości
  Istniejemy od 2004 roku

  Ilość odwiedzin: 8309788, ilość odsłon: 65380340
Na skróty
 Familia
 Forum
 Co nowego na forum
 Blog
 Video
 Księga gości
Menu
Strona główna

Ogłoszenia

Aktualności

Nowości w portalu
Nasze projekty
Bieżące wydarzenia
Imprezy i spotkania
Kalendarz spotkań
Od redakcji
Listy do redakcji
Najpopularniejsze

Transpłciowość

Pojęcia
Identyfikacja
Terapia
Pomoc
Przeciw transfobii

Magazyn

Z kraju i ze świata
Zjawiska
Sławni transi
Na granicy płci
Miej świadomość
Prawo
Religia
Moda
Plusy / minusy
Ciekawostki
Na luzie

My i nasi bliscy

LadyLike
Żyć z „nią”
Ja i mój związek

Kultura

Prasa
Teatr
Filmy
Literatura
Grafika
Piosenki

Kawiarenka

Przemyślenia
Moja wielka przygoda
Mój pierwszy raz...
A to ja właśnie...
Transowe przygody
Moje przygody z Anną
Pamiętnik Alex
Wspomnienia Iwony
Opowiadania
Felietony w szpilkach
Biuta Bino

Transformacje

Dbamy o ciało
Makijaż - porady
Ubiór
Włosy i peruki
Dodatki
Tips & tricks
Jak oni to robią!
Makijaż – kurs
Z pomocą medycyny

Poradnik

Przewodnik
Rozmiary
Ciekawy produkt

Katalog

Nasze profile
Specjalnie dla nas
Miejsca i Kluby
Polecamy sklepy
Linki
Pliki do pobrania
Programy

Kontakt

Redakcja
Księga gości
Użytkownicy
Nasza mapa
Najnowsze artykuły
Sylwester 2019/2020 w Tęczówce (1959)
2019.12.10 Katowice. Wtorkowe pogaduchy przy kawie (41457)
2019.12.03 Katowice. Dyżur psychologa (40891)
„Casa Valentina” w Och-Teatr (11076)
2019.10.12 Katowice - Trans Wieczorek w Tęczówce (65535)
Sobota nad morzem. (17020)
Oczami Nowicjuszki (22078)
Do trzech razy sztuka czyli ... (22555)
Wiosenne Plenerowe Trans Party 2019 (36349)
Spostrzeżenia z życia transki (27215)
...więcej...
Najczęściej czytane artykuły
Wymiary... idealne (723222)
Tucking&taping, czyli jak pozbyć się wypukłości w kroczu (620956)
Strony prywatne (392446)
Fryzura i makijaż, a kształt twarzy (342866)
Zakupy za granicą (310472)
Wiązanie krawata (287631)
Jaka fryzura? (251894)
Jak zrobić samemu udane zdjęcia? (251869)
Zakupy w Polsce (243537)
Zestawienie rozmiarów obuwia (237935)
...więcej...

Powrót do: Transowe przygody

Sobota nad morzem.
Liczba wyświetleń: 17020


W skrócie:Po powrocie do pokoju jest dopiero piętnasta. Mamy jeszcze trzy godziny do kolacji. No ale wypadało by się trochę odświeżyć, poprawić makijaż i przebrać. W końcu miałam w planie moją kolejną nową sukienkę. Tym razem bardziej elegancką.

Do artykułu dodano 7 komentarzy. Pokaż komentarze.
P No dobra… chyba już wstanę. Ile można spać. Już prawie siódma dochodzi… No wiem. Pomyślicie teraz że jakaś pomylona – sobota, a ona przed siódmą wstaje i mówi, że późno… No ale ja tak mam. Normalnie to wstaję jeszcze wcześniej. Tym razem jednak pozwoliłam sobie chwilę dłużej poleżeć. Maiwe jeszcze śpi. Maiwe to moja przyjaciółka. Spotykamy się już od tak dawna, że nawet nie umiem powiedzieć od ilu lat. Ona w pewnym sensie była przy narodzinach Kristine, bo to przy niej wróciłam do przebierania się, pierwszego wychodzenia na świat i przy niej odkryłam, że to coś więcej niż tylko przebieranie się. Ona też towarzyszyła mi przy mojej pierwszej sesji zdjęciowej. No ale to już historia. Teraz jesteśmy nad morzem w tym dziwnym hotelu tak bardzo przypominającym późne lata 80-te. Maiwe śpi, więc ja cichutko wstaję, poprawiam pomarańczową koszulę nocną, którą dostałam od żony na urodziny wraz ze szlafroczkiem do kompletu i idę do łazienki. Niech Maiwe sobie pośpi spokojnie, a ja doprowadzę się w tym czasie do właściwego wyglądu.

No bo rano to wiecie… kobieta zawsze wygląda strasznie… a taka kobieta jak ja to tym bardziej… Nie śpię w peruce, więc moje własne włosy wyglądają mizernie, do tego zaspane oczy, pozaginane krawędzie piersi (no bo jeśli jeszcze tego nie wiecie, ja nie jestem TS, tylko TV i używam protez piersi, aby czuć się bardziej kobieco). Drobny, zarost na twarzy… szkoda więc mówić, czas się ogarnąć. Poranna toaleta, golenie i już czuję się lepiej. Czas przynieść do łazienki wszystkie akcesoria do makijażu i można powoli stawać się piękną.

Najpierw serum do twarzy. Używam Bioliq – jest bardzo fajny – nie tłusty i doskonale nawilża skórę chroniąc ją przed wysuszeniem od makijażu. Potem biorę się za oczy. Zgodnie z tym co zawsze uczyła mnie moja wizażystka – lepiej zrobić najpierw oczy, bo jak coś się popsuje, to można łatwo poprawić. Baza pod oczy od Inglota, korektor, żeby przykryć plamki i zaczerwienienia na powiekach, kreski ciemnobrązową kredką – dzięki temu, że nie czarne, oczy wyglądają delikatniej i naturalniej. Teraz cienie z mojej ulubionej palety o czekoladowych zapachach. Teraz brwi… no tak – oczywiście musze pousuwać co nieco, bo jakoś one mi tak zarastają… resztę podkreśli się też brązową kredką. Rzęsy… no rzęsy mam ładne nawet swoje. Może więc dziś nie będę sobie doklejała? W końcu nie planuję żadnej sesji zdjęciowej. Wystarczy więc maskara i zalotka. Oczywiście nie ma, żeby coś się nie zepsuło, bo musiałam maznąć się maskarą pod oczami… no ale kącik chusteczki do demakijażu pozwala zmyć to co zbędne i poprawić szybko kolory. Trochę w tej łazience mi brakuje miejca… no wiecie – wszystkie te pędzelki i akcesoria… a tutaj jedna nieduża półeczka… Dobrze, że chociaż światło jest dobre i elegancko widzę jaki efekt osiągam.

Oczy zrobione, można zająć się cerą. Może najpierw jeszcze odrobina korektora na kąciki nosa i na plamki na policzku. Teraz wyrównamy wszystko podkładem No i na szyi mi się jakieś czerwone plamki zrobiły, to też korektorem zakryję. puder… bardzo lubię ten swój bananowy puder, chociaz za dużo folii oderwałam i strasznie się sypie. No ale już wygląda to nie najgorzej… jeśli pominąć włosy. Niby mam długie i uczesane wyglądają jako tako, ale jest ich zdecydowanie za mało. Zwłaszcza w niektórych miejscach… Więc teraz czas na perukę. No… i w moich blondach już jestem sobą. Oczywiście przypinanie klipsów zawsze jest trochę pracochłonne, a potem trzeba jeszcze rozczesać potargane włosy, ale patrząc w lustro już mogę siebie rozpoznać. Mój komputer też by mnie już poznał. Ale jeszcze trzeba nałożyć brązer, aby trochę skonturować twarz – poukrywać elementy zbędne, zaokrąglić gdzieniegdzie, wyszczuplić nosek… No i na koniec róż na policzki.

Zrzucam koszulkę i zakładam bieliznę. Białą tym razem, bo na śniadanie założę taką lekką, letnią sukienkę w kwiaty. Dochodzi dziewiąta… no chyba trzeba Maiwe obudzić. Jak ona się będzie przygotowywała, to ja sobie na spokojnie pocztę i wiadomości sprawdzę. Na osiemnastą pewien mężczyzna zaprosił nas na kolację, więc warto sprawdzić czy się nie rozmyślił… z facetami niestety czasem tak bywa. No na szczęście nie. Pisze, że wszystko aktualne i pyta, czy może przekonałyśmy się już, co do tego co będziemy robili po kolacji… Ech ci faceci… tylko o jednym myślą. A ja już mu tyle razy pisałam, że owszem – na kolację chętnie z nim pójdziemy, ale czy będzie coś więcej potem, to zależy od tego czy się sobie spodobamy… zwłaszcza, że Maiwe jest wybredna. No dobra… możemy iść na śniadanie. Nie… szpilki to kiepski pomysł na śniadanie. Założę moje japonki z kwiatkami. To jest w końcu hotel sto metrów od plaży, więc trzeba bardziej plażowo chodzić. Poza tym do sukienki w kwiatki będzie super. P Nasz hotel jak mówiłam przypomina późne lata 80-te. Duże puste przestrzenie, brak jakiejkolwiek aranżacji, wszystko jakby kwadratowe. Niby się błyszczy, ale materiały wykończeniowe raczej niskiej jakości. No z drugiej strony… to tylko trzy gwiazdki, nie powinnam wydziwiać. Duży to obiekt, więc i pełno ludzi. Na sali śniadaniowej trudno znaleźć wolne miejsce. No ale gdzieś tam dalej jakiś stolik znalazłyśmy. Śniadanie jak to w hotelach… szwedzki stół, jajecznica… nie było frankfurterek, tylko zwykłe parówki i jakaś smażona kiełbasa z cebulką, ale to nie dla mnie. Z warzyw też niewiele… więc skończyło się na tej jajecznicy i jakiejś wędlinie i pomidorach. No i na deser naleśniki z musem jabłkowym. No ale… pewnie zastanawiacie się jak na mnie ludzie reagowali. Generalnie wcale. Ja już do tego przywykłam. W końcu wyglądam całkiem normalnie. No może trochę wyższa jestem niż przeciętna kobieta. Może tez i czasem jakiś facet na mnie spojrzał, ale ja to nawet nie zauważam, bo ja nie rozglądam się po ludziach.

Po śniadaniu postanowiłyśmy, że to najlepsza pora aby iść nad morze. Więc czas się ubrać plażowo i zrobić to po co tutaj właściwie przyjechałam. Nigdy jeszcze nie pokazywałam się w kostiumie kąpielowym… To jest dla mnie coś nowego. Chodzenie wśród ludzi w sukienkach to prosta sprawa, w końcu sukienka sama w sobie nadaje kobiecych kształtów. Ale kostium… nawet jeśli jednoczęściowy, to i tak podkreśla każdą niedoskonałość ciała. W moim przypadku musiał być jednoczęściowy i do tego zabudowany koronką od góry, bo musiał zakryć w całości piersi… nie chciałabym aby było widać, że nie są naturalne. A choć moje protezy są bardzo dobre, to jednak z bliska widać. No i jeszcze trzeba coś zrobić z innymi częściami ciała, które odbiegają od kobiecych kształtów, a w kostiumie ukryć je dość trudno. Ale tutaj akurat z pomocą przychodzą porady bardziej doświadczonych koleżanek, które na crossdressing.pl można znaleźć, więc się już o nich nie będę rozpisywała. Sprawdziły się całkiem dobrze, jak widać na obrazku. Poza tym miałam jeszcze tę narzutkę plażową. Przewiązałam ja sznureczkiem w talii, żeby mi nie spadała i tym samym zasłaniała też krytyczne miejsca.

Jeszcze trzeba posmarować ręce i nogi kremem z filtrem… bo moja skóra jest strasznie wrażliwa na słońce, no i w końcu wyszłyśmy. Byłam cała podekscytowana. Pierwszy raz publicznie z odsłoniętymi nogami. Nie dość, że bez pończoch, to jeszcze aż do ud odsłonięte… No dobra – jak wiele z nas ja na nogi narzekać nie mam co. Maiwe zwykła mówić, że mnie za te nogi nienawidzi. Ale stopy też właściwie odkryte… i w płaskich japonkach… a one nie są szczególnie drobne… No nic… po to tu przyjechałam przecież. Poza tym – jakoś nikogo nie dziwię.

Na plaży ludzi za wielu nie ma. Wczesna pora, a i to jeszcze nie całkiem sezon. Poza tym w Sobieszewie zazwyczaj nie ma tłumów takich jak w Brzeźnie czy Jelitkowie. Chodzenie w japonkach po piasku nie ma sensu, więc je zdejmuję i trzymam w ręce. W drugiej ręce koszyk plażowy. Idziemy sobie brzegiem mocząc nogi w nadpływających falach. Jest cudownie. Tylko trochę wiaterek wieje. No i moja narzutka oczywiście się rozwiewa. Koncepcja ze sznurkiem, jaki był w komplecie tej narzutki jest bez sensu. Oddaję więc koszyk Maiwe i zdejmuję ten zbędny sznureczek przytrzymując poły narzutki ręką. Jest fantastycznie. Czuję się swobodnie i szczęśliwie. Lekka narzutka i kostium pod spodem. Czas porobić trochę zdjęć – żeby pamiątka była. Maiwe stara się ująć mnie z różnych stron, a ja wdzięcznie dla niej pozuję. Potem zmiana ról i kilka zdjęć dla niej, żeby mogła też sobie coś wrzucić na FB. Czas upływa leniwie i błogo, ale czas wracać. Już wiem, że to był udany dzień, choć to dopiero południe minęło. No ale na 13:30 jestem umówiona na paznokcie… a skoro wieczorem mamy iść na kolację, to musze ładnie wyglądać. Paznokcie to podstawa. Na plaży mogę mieć niepomalowane, ale w restauracji… nie wypada.

Po powrocie przebrałam się w jeszcze inną letnią sukienkę. Też w kwiaty, ale błękitną. Tym razem bez stanika, bo ona ma dekolt carmen… a ja właśnie uświadomiłam sobie, że nie zabrałam stanika z odpinanymi ramiączkami… No ale… powinno być ok. Już nosiłam sukienki bez stanika wcześniej. Pani Ukrainka na recepcji wskazała mi, gdzie jest ów kącik spa, w którym byłam umówiona na manicure i poszłam. W recepcji spa pani bardzo serdecznie się uśmiechnęła gdy powiedziałam, że jestem umówiona na paznokcie i podałam nazwisko i zaprosiła mnie do gabinetu kosmetycznego.

Manicure jak manicure… pani kosmetyczka podała mi wzornik lakierów i spytała czy może nie wolałabym hybrydy, bo to trwalsze i nie trzeba czekać na wyschnięcie, no i teraz to już prawie nikt nie chce zwykłych lakierów, więc ona nie jest pewna które kolory ma, a które nie. No tak… to jedno z tych kłopotliwych pytań. Bo co mam jej odpowiedzieć, że ja to tylko ten lakier chcę na jeden dzień? Więc ograniczyłam się do lakonicznego „nie, zostańmy przy zwykłym”. Ja już jako tako przyzwyczaiłam się, że pomimo iż mój głos nie jest szczególnie kobiecy, to jednak przy całym moim entourage jakoś przechodzi. Kiedyś odzywanie się bardzo mnie stresowało. Dziś już sobie radzę. Ale i tak zawsze patrzę i próbuję wychwycić, czy rozmówczyni nie zmienia w jakiś sposób podejścia do mnie. W tym przypadku ani trochę. Nie mogłam zdecydować się czy wziąć różowy, czy kość słoniową… w końcu wybrałam róż. No i okazało się, że akurat tego właśnie nie ma. Pani zaproponowała błękit, bo będzie mi do sukienki pasował, więc się zgodziłam. Błękit też mi chodził po głowie. Tym bardziej, że pani stwierdziła, że śliczna sukienka, więc miała u mnie plusa.

I tylko jedna rzecz mnie martwiła… bo tam było strasznie gorąco i cała się pociłam… Nie mieli klimatyzacji… i czułam, jak moje piersi nie do końca dobrze to znoszą… w sensie odklejają się lekko. A przecież ja bez stanika… no i jak to będzie? Zwłaszcza, że na moich palcach świeży lakier… Ale jakoś przeżyłam. Na przyszłość nie ruszam się nigdzie bez stanika z odpinanymi ramiączkami. Nie ma mowy. Pedicure był już przyjemnością, bo mogłam wygodnie leżeć i przestać przejmować się piersiami. Chociaż na nogach ostateczne miałam inny lakier – ciemniejszy błękit, bo miałam na paznokciach trochę odcisków od za ciasnych butów i ten najjaśniejszy błękit nie za dobrze krył. W sumie ten ciemniejszy błękit był fajniejszy – szkoda że od razu go nie wzięłam też na dłoniach.

Po powrocie do pokoju jest dopiero piętnasta. Mamy jeszcze trzy godziny do kolacji. No ale wypadało by się trochę odświeżyć, poprawić makijaż i przebrać. W końcu miałam w planie moją kolejną nową sukienkę. Tym razem bardziej elegancką. Taką białą w cudowne czarne grochy. Uwielbiam grochy. I ona też z dekoltem carmen… Ale tym razem nie będę w dusznym małym gabinecie, więc będzie ok. Poprawiłam co miałam poprawić, na ustach pojawiła się elegancka pomadka, a na mnie sukienka w grochy i do tego czarne sandałki na wysokiej szpilce. Maiwe też się elegancko ubrała i poszłyśmy do kawiarni. Byłyśmy już głodne, ale stwierdziłyśmy, że poczekamy jeszcze chwilę i na razie ograniczymy się do soku. Kawiarnia była na tarasie, więc było bardzo miło. No… tylko w pewnym momencie dostałam wiadomość. „Trochę się spóźnię”. A my głodne czekamy… wiec pytam „a ile to jest trochę?”. „No tak na dwudziestą postaram się być.”. NA DWUDZIESTĄ? POSTARAM SIĘ? No nie… weź tu się z facetami umawiaj… Po krótkiej konsultacji postanowiłyśmy na tym gościu postawić krzyżyk i pojechać do Gdańska do jakiejś fajnej restauracji same, a potem pójść na plażę pooglądać zachód słońca. I to był zdecydowanie dobry wybór.

Co prawda parking w tym hotelu jest w takim miejscu, że po pierwsze szpilki mi się zapadały w piasek jak musiałam dojść do samochodu, a po drugie wyjeżdżanie z parkingu wąskimi dróżkami było koszmarem. Do tego pan na recepcji parkingu spytał się „czy Państwo już wyjeżdżają, czy jeszcze wracają?” Pytanie samo w sobie ok, ale forma nie ta… w końcu my dwie kobiety, a ja wrażliwa na tym punkcie jestem. Ciekawa jestem swoją drogą czemu? Przecież nie wyglądam na faceta… ale może zapamiętał mnie z poprzedniego dnia jak przyjeżdżaliśmy – wtedy byłam jeszcze jako on… kto tam wie… i kto by się przejmował dłużej niż chwilę. A swoją drogą nie rozumiem dlaczego tak wiele kobiet twierdzi, że trudno się prowadzi samochód w szpilkach… ja nie mam z tym żadnego problemu. No owszem – mam trochę łatwiej bo automat, ale i tak nie wydaje mi się to być problematyczne.

Restauracja Papieroovka była prawie pusta. Może jeszcze ze dwie pary były. Elegancki wystrój, no ale to restauracja hotelowa, a hotel czterogwiazdkowy. Nawet jak na ten standard muszę przyznać, że bardzo ładny wystrój. Kelner także bardzo miły. Uśmiechał się cały czas i był bardzo uprzejmy. Maiwe zaś nawet nie wiedziałam kiedy zrobiła mi zdjęcie… Na początek dostałyśmy chlebek z oliwą… ale oliwa była z chili więc bez dodatkowej wody się nie obeszło. Nie mniej jedzenie także było pyszne. Na przystawkę zamówiłam eklera parmezanowego z kozim serem, kremem z pieczonego buraka i winną fryzą. Jak to w eleganckich restauracjach dostałam olbrzymi talerz z maleńkim eklerkiem na środku i kilkoma maziajami czegoś. Ale przyznaję – było pyszne i zdecydowanie zaostrzyło apetyt. Na główne danie pieczony filet z pstrąga w sosie rakowym z knedlem. To było jeszcze pyszniejsze. Zwłaszcza ten krem rakowy. Ale pstrąga było całkiem sporo, więc się najadłam. Zauważyłam też, że będąc kobietą jem wolniej i mniejszymi kawałkami i w ogóle mniej… nie wiem czy to jakaś autosugestia, czy jak… widać moja księżniczkowatość objawia się we mnie coraz bardziej.

Ale na koniec przyszła kolej na deser. No i co wybrać? Szarlotka? Nie przepadam… Panna Cotta? to jest wszędzie i zawsze… Ciasto czekoladowe? No też standard… chociaż „na koźlaku z kremem Bailey’s” brzmiało intrygująco. Tym bardziej, że ja akurat ciasto czekoladowe bardzo lubię. Kusi… no ale na końcu są jeszcze macerowane truskawki z musem waniliowym i czymś tam jeszcze (nie pamiętam, a to sezonowe danie i nie ma w standardowym menu). Więc wybrałam te truskawki. I pan kelner stwierdził na to – „bardzo dobry wybór, ma pani świetny gust – to także mój ulubiony deser”. No i deser okazał się rewelacją. Powiem tak… ja chcę tam wrócić – dla tego deseru. I to musze jakoś szybko, bo truskawki się skończą… Ten mus waniliowy w kruchym waflu położonym na słodkich truskawkach w sosie… No minął już prawie tydzień, a ja jak o tym piszę, to nadal czuję na języku ten smak… Naprawde polecam. Jeśli jesteście w Gdańsku – koniecznie.

No jeszcze tylko powiem, że w oczekiwaniu na deser byłam w toalecie, gdzie nie ukrywam, że poprawianie ust i pudrowanie noska obok innej, obcej kobiety, która robiła mniej więcej to samo nie zwracając na mnie większej uwagi było także miłym przeżyciem. Chociaż przecież to tak całkowicie normalne i naturalne przecież.

W hotelu poszłyśmy jeszcze na drinka – jakoś brakowało mi alkoholu, gdyż będąc kierowcą nie mogłam pozwolić sobie na wino w restauracji. Ciepły wieczór, kawiarnia na tarasie, Aperol Spritz i takie tam kobiece rozmowy o facetach i nie tylko. Jakiś facet się do nas uśmiechał… na szczęście tylko się uśmiechał i nie przyszło mu do głowy dołączyć się do nas.

No i skoro miałyśmy wolny wieczór, to poszłyśmy się przebrać, żeby pójść na tę plażę zrobić sobie selfie z zachodem słońca. Ubrałam znów tę błękitną sukienkę i japonki. Na plaży było cudownie… choć trochę chłodno. Moja sukienka raczej z tych cieniutkich jest. I nawet brak słońca nie przeszkadzał – tyle, że selfie było z chmurami zamiast z zachodem… Nie mniej było to cudowne zakończenie tego wspaniałego dnia. Bo co robiłyśmy potem, to już zostawię dla siebie. Gorąco Wam polecam wypad na plażę. Ja na pewno jeszcze to powtórzę.

Opublikowane przez:
Kristine Turowska
Kristine

E-mail widoczny tylko dla zalogowanych



Do artykułu dodano 7 komentarzy. Pokaż komentarze.



Powrót do: Transowe przygody

Logowanie
Nick:
Hasło:

Ankieta
Czy uzyskałeś pomoc od organizacji LGBT ?
Trans-Fuzja
Tęczówka
Lambda
KPH
innej organizacji
nie otrzymałem/am pomocy
nie szukałem/am pomocy
Skomentuj

Wyniki ankiet
Użytkownicy
Zarejestrowanych: 8416
On line: 44
Zalogowani:
Wyszukiwanie
Myśl na tę chwilę
Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą
Julian Tuwim

Skórka
Organizacje i grupy LGBT


sekcja dla całego środowiska Trans

całe środowisko Trans


głównie Les/Gay

Zaprzyjaźnione strony

Crossdressing ogłoszenia



Trans randki
Trans rande
Transgender dating
Copyright (c) 2004-2015 by crossdressing.pl